GOŁA BABA

Zgrzytam zębami w nocy, gdy dnia wcześniejszego usłyszę choć raz zdanie pokroju „Kiedyś to była muzyka, Dire Straits, Deep Purple… Teraz to sama chała i Justin Bieber”. Jeśli ktoś, kto tak sądzi to czyta, niech się ugryzie w język, gdy będzie obok mnie i niech ma litość dla moich zębów trzonowych i mojego konkubenta, z którym żyję w grzechu, bo on również na tym cierpi. I jak naprawdę tak sądzisz, to w ogóle gówno się na muzyce znasz, skoro twierdzisz, że dzisiaj na scenie jest Justin Bieber, a od gołej klaty Roberta Planta nic nie powstało, światowa muzyka upadła, należy z namaszczeniem pielęgnować jej truchło i zaciągać warty honorowe.

Jako że powinnam dostawać jakieś dotacje z Ministerstwa Kultury za niesienie kaganka oświaty przed ludźmi i krzepienie ich serc, pragnę w tej notce przedstawić fakt, że muzyka w dzisiejszych czasach ma się dobrze i warto jej słuchać. Ponadto pragnę powiedzieć, że zamykanie się w klatce z napisem „Trójkowy Top Wszech Czasów” to bardzo, ale to bardzo naganny nawyk, który nie dotyczy tylko melomanów w wieku naszych rodziców, ale także osób w wieku niepozwalającym na to, czyli tych którzy mają dwójkę, trójkę i czwórkę z przodu.

Chciałabym przedstawić albumy, które świadczą o tym, o czym wspomniałam tak rzęsiście w dwóch poprzednich akapitach.

The Flaming Lips | Terror

terrorTen zespół kojarzył mi się zawsze feerią barw i narkotyczną wręcz wesołością. Skutecznie zerwali z tym na tym albumie (ciekawe czy to tak na zawsze) i uraczył słuchaczy płytą… dość smutną. Tylko nie w takim klasycznym sensie „smutną” – gdzie są dołujące piosenki o miłości, w tle z gitarą akustyczną, a nastolatki płaczą i robią smutne opisy na gadu-gadu. Ten smutek jest przejmujący, nastrojowy i w stylu FL psychodeliczyny. Nawet najbardziej zatwardziały ekstrawertyk zamknie się w swojej skorupce, aby wejść jeszcze głębiej, do pudełka schowanego gdzieś głęboko w skrzynce, która jest umieszczona gdzieś w pomiędzy trzustką, a… i tak dalej i tak dalej. Siedzieć ma się tam ochotę cały czas, dopóki album nie się nie skończy. Chociaż lekarz i farmaceuta zalecają słuchania „Terror” od początku do końca, muszę przedstawić chociaz próbkę, co jest niepolecanym słuchaniem „na wyrywki”. Od jednej piosenki jednak nikomu nic się nie stanie.

Nick Cave and the Bad Seeds | Push the Sky Away

nick_cave_push_the_sky_awayZa samą okładkę Nick Cave by się tutaj znalazł, nawet gdyby w zawartości krążka byłyby gitarowe sprzęgi, kocie piski, kiepskie pogłosy albo czterdziestominutowe solówki gitarowe. Nie no, oczywiście żartuję, takiego wała bym tutaj o nim napisała. Cave jak Tom Waits jest naprawdę genialnym tekściarzem. W piosenkach snuje opowieści i jestem zmuszona wręcz użyć słowa wyświechtanego gdy ktokolwiek pisze coś o nim: bard. Bierze Cię za rękę i prowadzi jak dziecko po bajkach dla dorosłych, a muzyka dopełnia wszystko tak, że słuchając jest się przez czterdzieści minut oczarowanym dokładnie w taki sam sposób jak miało się sześć lat, tylko oczarowanie to jest odpowiednio dojrzałe i outsidersko dostosowane do wieku.

Kanye West | Yeezus

kanye-west-yeezus-coverTo chyba najciekawsza, o ile nie najlepsza płyta 2013 roku moim zdaniem. Kanye West chyba pobił rekord świata w najbardziej rozrośniętym ego i przyznam szczerze, że facet ma ku temu powody, żeby być takim megalomanem. Nagrał płytę w której do hip-hopu wrzuca rzeczy, które pozbierał na samych jego granicach, niewyeksplorowanych przez innych muzyków, posklejał i następnie masturbując się, powtarzając „I am a God”, oddał swoje nasienie, które świeci brokatem i jest po prostu definicją słowa „narcyzm”. I wiecie co? Ci, którzy nie słuchali powiedzą „Co to za gówno, wynocha z tym”. Ale jak posłuchacie o tym, że Kanye rozbija samochody, swędzi go pyta, zalał się w trupa i ogólnie jest zajebisty tak, że osiąga Himalaje w besserwisserstwie, to Wy przyznacie mu rację.

Phosphorescent | Muchacho

MuchachoO Jezu, jaka miła płyta. Mamy tutaj łąkę, hipsterskie chmurki, motylki i babie lato przemykające pomiędzy palcami wystawionymi do słońca. Podobno muzyka Phosphorescent to country. Nie jest to country w stylu zrobionych cycków (a w zasadzie wszystkich części ciała) Dolly Parton, brazylijskiej depilacji na brodzie Billy Ray Cyrusa czy rednecka z głębokiego Teksasu, który głosuje na Republikan, strzela do kaczek i trzyma Biblię pod spoconą pachą. Nie, nie, absolutnie, Phosphorescent prezentuje to co country ma najlepsze, flirtuje z inteligentnym słuchaczem i absolutnie nie trąci to jakimś wsiurstwem, z którym ten typ muzyki się kojarzy.

Stara Rzeka | Cień chmury nad ukrytym polem

stara rzekaKiedyś, dawno, dawno temu pisałam o tym, jak zajebiście modnym staje się black metal wśród uber-indie-hipsterskiej społeczności. Chuj tam z tym, moje miasto jest zdecydowanie za małe, żeby wytworzyć coś takiego jak klikę lamusów prześcigających się w znajomości jaknajmniej znanych kapel. Stara Rzeka to projekt, który tutaj się znalazł jako jedyny, który miał miejsce pomiędzy Odrą a Bugiem. Ma coś w sobie co naprawdę lubię, takie typowo nasze folklorystyczne niuanse (wystarczy spojrzeć na okładkę i same tytuły) i mrok, jakkolwiek by to gimbusiarsko, lilithowo i bolkowo zabrzmiało. Sam projekt okładki chyba sobie kiedyś wstawię w ramkę i pierdyknę na ścianę. Ale miało byc o muzyce. Nie będę już więcej biadolić, bo nie wiem który desperat przebił się przez tę notkę, więc podrzucam linkacz, w którym można posłuchać całej płyty. Ponadto, moja córka świecka Tradycja mówi, że należy wstawić próbkę, więc włala:

Nie wiem kiedy napiszę drugą część, ale teraz, kiedy niemalże wszystko mam w serwisie, naprawie, począwszy od kręgosłupa skończywszy na frezarce, to możecie mieć nadzieję, że niedługo urodzę kolejną notkę. I po pysku wytrzaskam tego, który będzie biadolił o tym, że nadzieją dla muzyki jest nowa płyta Deep Purple, na którą czekają chyba tylko rodziny samych muzyków.