Może mój puryzm językowy nie wskazuje na częste obcowanie z literaturą inteligencką, ale powiem szczerze. Książki towarzyszyły mi od urodzenia. Były niemalże w każdym zakątku ciasnego mieszkania i przy pojawieniu się jakiejkolwiek nowej przestrzeni w postaci półki, ta natychmiast zostawała zalewana przez nową serię.

Stara wróżba mówi, że w dniu pierwszych urodzin dziecka, rodzice powinni posadzić malca przed kilkoma przedmiotami, symbolizującymi drogę, którą wybierze w swoim dorosłym życiu. Przedmiot którym dziecko się wyraźnie zainteresuje i weźmie w rączkę będzie analogiczną przepowiednią jego przyszłości. Dlatego na podłodze kładzie się między innymi banknot, który ma oznaczać bogactwo, książkę, która ma oznaczać wiedzę, różaniec, oznaczający wybór życia kapłańskiego. 10 sierpnia 1989 roku rodzice poustawiali kilka takich bibelotów (w tym kieliszek, haha) i usadzili mnie przed nimi. Cwana byłam i wybrałam dwie rzeczy. Ku uciesze rodziców zaczęłam się bawić książką i pieniążkiem.

Kiedyś, mając może z dwa lata, zrobiłam coś, co było na poziomie wyrzucenia papierka na chodnik czy trawnik. No, czyli rzeczy do których nigdy się nie dopuszczę. Podarłam i popisałam długopisem śliczną książkę o misiu. Po karcącym wykładzie jaki usłyszałam od mamy, poryczałam się jak bóbr. Były to łzy bardzo rzadko występujące u homo sapiens i nazywają się one tak, jasna cholera, to moja wina, przepraszam. Dlatego nie wyobrażam sobie nawet sytuacji, w której podchodzę do niebieskiego kosza na śmieci i wrzucam do niego książkę. To by było dla mnie zachowanie na równi z utopieniem worka pełnego kociąt.

Książka za PRL-u lekko nie miała. Nie dało się opublikować pozycji o treści wywrotowej, bo od razu inteligencik dostałby pałą od ZOMOwca. Jednak, kiedy inteligencikowi się udało zręcznie treści te ukryć, bądź w ogóle ich nie zamieścić, miał szansę na pojawienie się jego książki w całym kraju. Za śmieszną cenę. Proszę państwa, 80% zbiorów w moim domu pochodzi właśnie z tamtych czasów. Moja mama, mając 22 lata miała już kilkaset książek. Ja, po odjęciu prezentów, mam ich około 20. Czyżby pauperyzacja społeczeństwa? Nie.

Książka średnio kosztuje już 40 – 50 złotych, a cena ta określana jest przez społeczeństwo małomiasteczkowe (Warshaffka z 8000zł na rękę, niech spierdala) jako drożyzna. A dzisiaj się dowiedziałam, że książka została ukrzyżowana. Tak, na TYM cholernym krzyżu pod Pałacem. Od 1 stycznia wchodzi na nią podatek w wysokości 5%.

Czuję, że się cofamy do czasów, kiedy książka była warta tyle co jedna wieś. Bo mając 20 złotych co kupię w księgarni? Kolorowankę? Na jagody? Autobiografię Justina Biebera? Boli mnie to, że coś tak egalitarnego od tylu lat, powoli staje się towarem luksusowym, a ja znajduję się w większości, która żeby kupić, musi wysupłać.

Boli mnie to, że kiedyś jak będę miała swój własny dom, na własnej 50-letniej hipotece, to na półkach nie będę miała co postawić. Bo przecież, kurwa, kryształów nie postawię. Nie chcę nawet myśleć o podręcznikach szkolnych dla mojego ewentualnego dziecka.

I na koniec jeszcze słowo od jazgotliwego anarchisty: proponuje jeszcze bardziej opodatkować czekoladę, płyty z filmami, muzyką, elektronikę, papier toaletowy, alkohol i oczywiście kawę i papierosy. Bo ludziom to nie jest przecież do życia potrzebne.