„Smagnięcia pejczem, skórzane pasy krępujące ręce, podniecające ukąszenia… Za posiadanie książki markiza de Sade groziło kiedyś więzienie. Czasy się zmieniły, „50 twarzy Greya” E. L. James możemy dziś kupić bez takich konsekwencji. W USA w ciągu trzech pierwszych miesięcy powieść sprzedała się w liczbie 20 milionów egzemplarzy!”. I właśnie weszła na polski rynek. Opis przyciągnął mnie z wiadomego względu, PR bazowany na kontrowersyjności, a zwłaszcza na seksie, przyciągać ma młode niewiasty z buzującym libido. Niby tak bronię się przed tą całą komerchą, jednak dałam się złapać machinie marketingowej i wczoraj zaczęłam czytać.

Pozwolę sobie pokrótce nakreślić sylwetki bohaterów oraz interakcje, które między nimi zachodzą. A w zasadzie to jedną interakcję, która zwie się seksem.

Na początek suche fakty:

Ona

Anastasia właśnie kończy ostatni rok literatury. Chodzi w dżinsach i trampkach, nie pije, nie pali, jest dziewicą, ma dobrą średnią i jest całkiem ładna.

On

Christian ma 27 lat i jest miliarderem i prezesem Grey Enterprises Holdings, Inc. Przystojny, wysoki, dobrze zbudowany, z magnetyzującym spojrzeniem, wykształcony, z mroczną przeszłością…

Dobrze, teraz ponownię nakreślę sylwetki bohaterów, tylko bez obiektywizmu i silenia się na ładne słówka. Czyli to co tygryski lubią najbardziej.

Ona

Anastasia to prawdziwy koszmar feministek. Dziewczyna, która jednym wypowiedzianym zdaniem sprawia, że wszystkie sufrażystki w grobach się przewracają, a lata budowania samoświadomości, walki o równouprawnienie, przeciwdziałania przemocy wobec kobiet, rozbijania szklanego sufitu walą się jak Warszawa w 44. Zahukana dziewczyna z cholera wie skąd, mieszkająca w wielkim mieście, lubiąca kobiecą literaturę brytyjską z końca XVIII wieku i w ogóle nie interesująca sie seksem i facetami (jaaaasne). Wydobyć prawdziwą kobietę ma z niej dopiero…

On

Christian. Obrzydliwie bogaty książę z bajki, samiec alfa, który swoją obecnością sprawia, że wszystkie heteroseksualne samice w promieniu kilometra mają mokre majtki. Dominator szukający samicy, która nie będzie pyskować i zadawać durnych pytań. Popieprzony jak sam skurwysyn z typowymi objawami stalkera, który chce wszystko wiedzieć o swojej ofierze. Na dodatek pierdolony mizogin słuchający arii operowych (każdy psychol w filmach słucha takiej muzy, heloł). Po czymś takim spierdalałabym gdzie pieprz rośnie.

Oni

Ona szybko się okazuje być panienką z cyklu „świętojebliwe”, które rżną dziewice i oblewają się rumieńcem, a za zamkniętymi drzwiami dają się po pyskach lać. On metaforycznie ją rozdziewicza swoimi pieniędzmi, kupuje jej komputer, BlackBerry a nawet Audi R8. Bzyka ją potem w swoim apartamencie i Czerwonym Pokoju Bólu pełnym różnych ustrojstw BDSM. Czy to sponsoring i prostytucja? Skądże znowu! Wszystko jest przedstawione niemalże bez skazy (nie licząc jej egzystencjalnego pierdolenia). Anastasia nie jest uniwersytutką, bo stalker z wypaczoną drogą która ma go wieść do wytrysku przestaje być stalkerem gdy sie okazuje, że ma kilka miliardów na koncie, odrzutowiec, śmigłowiec, apartamenty, 190 cm wzrostu, buźkę i ciało jak z wybiegu oraz pytę jak aktor porno. I broń Borze nasza dziewica nie jest blacharą. On jej proponuje umowę na trzy miesiące – on ma ją chłostać, bić, kneblować, wiązać, podwieszać i tak dalej, a ona ma mu odpowiadać „Tak, Panie”. W zamian dostaje możliwość ogrzewania się w jego blasku i „drobne” upominki. A co gdy ona złamie umowę? Dostanie dodatkowy wpierdol. I co? Tępa dzida zwana Anastasią się godzi! Bo stalker – mizogin ratuje dzieci w Darfurze. Borze jakie to słodkie, zaraz się porzygam tęczą i puszczę bąka motylkami.

Seks

Nie ukrywam, to właśnie seks mnie przyciągnął do tej książki. Seks jest jedyną dobrą stroną. Scen jest dużo, są całkiem znośnie opisane i tylko dla nich można po tę chałę sięgnąć. Być może za dobrze oceniłam sceny z alkowy, bo ostatnie opisy zbliżeń przyszło mi czytać u George’a Martina, który opisuje penisa jako… „różowy maszt”. Po różowym maszcie można mieć obniżoną poprzeczkę ocen tego typu zdarzeń. Jednak nie pojmuję jak książka, która jest po prostu grubszym Harlequinem, którego się matce kradło za młodu, urosła do miana bestselleru. Serio, nie kminię. Podobno sceny seksu zrewolucjonizowały życie seksualne Amerykanek. Omijając BDSM, sceny normalnego, nazywanego przez bohaterów „waniliowego” seksu, nie odkrywają Bóg wie czego. Naprawdę śmiem sądzić, że amerykańskie czytelniczki, które oceniły książkę na 5, przed przeczytaniem albo się bzykały pod kołderką na misjonarza przy zgaszonym świetle albo… nigdy tego nie robiły. Więc jaka rewolucja, wszystkie polubiły strappado?

Dobra, już, koniec, bo pewnie wszyscy już wrzą jak herbata w szklance. Koniecznie w metalowym koszyczku, na ławie z plastikowym obrusem. I meblościanką.

Jeszcze bym jakoś przełknęła (bez skojarzeń, świntuchy!) związek stalkeromizoginodominatora z niewinną studenciarą gdyby zaplecze pisarskie pani James było chociaż przeciętne. Ale nie jest. Pod względem językowym ta książka leży i kwiczy. Jest od cholery powtórzeń, które były dla mnie tak irytujące, że aż zaczęłam stawiać kreski w notesie, niczym grypsiarz odliczający dni do wyjścia z mamry. Więc! Bohaterka, w ciągu całej książki, rumieni się… 124 razy. Anastasia pieprzy coś również o swojej „Wewnętrznej bogini” (cokolwiek to kurwa jest), która tańczy, skacze o tyczce i zbiera złote medale (nie zgrywam się, ona tak naprawdę) i wspomina o niej… 54 razy. Ponadto w książce nie pada ANI RAZU słowo penis i cipka, a przypominam, że 60% akcji to sceny wybitnie pieprzne. Bohaterka czując podniecenie opisuje to „Zrobiło mi się TAM ciepło”, „Christian dotknął mnie TAM”. Po tym naprawdę miałam ochotę zadzwonić do lasek z Femenu, wyżalić się i poprosić, żeby podpaliły wszystkie siedziby wydawnictw, które wypuszczają ten gniot. Boli również niewiedza, którą pan Kutas Wielgus przekazuje naszej rumieniącej się Zawsze Dziewicy. Przykład – kobieta może zajść w ciążę podczas okresu, ale co tam, przecież Jaśnie Pan nie lubi używac gumek, a strasznie go znowu jego imponująca pyta zaswędziała. Ale najbardziej boli używanie czasu teraźniejszego. Czasem teraźniejszym możemy pisać reportaże albo gówniane notki na blogach (jak ta na przykład), ale nie powieść.

Nie, niech mnie nikt nie próbuje przekonać do fabuły, która może mówi o niewinnej miłości, wplątaniu w mroczne pożądanie i próbę zmiany zachowania Sinobrodego przez dziewicę? Nie, to jest tak sztampowe, charakter bohaterki jest infantylny, płaski i jej zdania przywodzą na myśl największe dokonania erudycyjne redaktorek Cosmopolitan. O tym mizoginie, który kreowany jest na księcia z bajki nie wspomnę. NIE I CHUJ.

Nie jestem jakaś oburzona scenami BDSM, bo nie chodzi tu o to. Ale to przedmiotowe ukazanie kobiety, która jest prowadzona za faceta za rączkę, nie umiejąca palcem do dupy trafić i samodzielnie pomyśleć, sprawiało, że miałam ochotę zalać się gorzkimi łzami. Tyle lat uświadamiania kobietom, że znaczą tyle z facetem u boku czy bez, a przychodzi taka idiotka i tępa dzida i wszystko rozwala w drobny mak. Takie postaci jak Anastasia nie istnieją, nawet najgłupsza dupa by kazała mu spieprzać.

Nie kupujcie tego. Nie róbcie sobie tego co ja sobie zrobiłam. Jednak czegoś nauczyła mnie ta książka. Jest coś we mnie z masochistki.

Spodobało się toczenie piany z ust? To jeszcze nie koniec:
2# Ciemniejsza strona Greya
3# Nowe oblicze Greya, czyli jak koniec tej degrengolady doprowadza do orgazmu