Atlas Chmur - plakat

Trochę biednie jest tak oceniać film, który miał premierę już jakieś sto lat temu. Jestem biedną blogerką i smutną magister, która do kina chodzi raz na… W sumie to nie wiem, nie robiłam statystyk, a nie chcę zacząć wrzucać na politykę, tylko z tego względu, że nie mam hajsu. Całe szczęście do zaspokajania swoich potrzeb kulturalnych mam Internet, dlatego torrenty bardzo często blokują kable moim sąsiadom. Traf chciał pewnego ostatniego wieczora, że obejrzałam wraz z moim konkubentem (z którym żyję w grzechu) „Atlas Chmur” rodzeństwa Wachowskich.

Chciałabym na wstępie, zanim wprowadzę się niczym wyrocznia delficka w stan umiarkowanego dzisiaj hejtu, opisać tak w miarę obiektywnie o czym ten film jest. Chciałabym, ale zdałam sobie sprawę, że za bardzo nie wiem czy potrafię. Film składa się z kilku opowieści porozmieszczanych w różnych przedziałach historii ludzkości (lecąc chronologicznie):

1. Młody prawnik wraca statkiem z Polinezji do Londynu i zapada na dziwną chorobę. Akcja dzieje się mniej więcej w XIX wieku.
2. Opowieść o biseksualnym pianiście, który zatrudnia się u sławnego muzyka, aby spisywać i grać melodie, które on mu podrzuci. Czas: międzywojnie XX wieku.
3. Dziennikarka odkrywa spisek magnatów energetyki, a jednocześnie stara się rozwikłać tajemniczą śmierć jednego z pracowników firmy. Akcja ma miejsce w latach 60. XX wieku.
4. Szalony menedżer jeszcze bardziej szalonego pisarza wpada w kłopoty finansowe i trafia do domu spokojnej starości. Czas akcji – 2012 rok.
5. Somni. Somni jest klonem żyjącym w Korei, skonstruowanym po to, aby służyć normalnym ludziom. Nagle zjawia się książę na białym koniu i ją uwalnia.
6. Daleka przyszłośc, inna planeta. Do wioski ludzi nękanej przez kanibali przybywa wysłanniczka i chce udać się na szczyt góry, na którą tubylcom ichniejsza wiara nie pozwala wejść.

Sześciu bohaterów i sześciu zatrudnionych znanych aktorów, którzy odgrywali główne role w swojej historii i drugoplanowe w nieswoich. Nie wiem czy Wachowskim szkoda było hajsu na tak rozbudowaną listę angażu, jednak przyjmijmy to, że każda z wykreowanych postaci jest w linii prostej dziedzicem poprzedniej i wygląda tak samo. A wygląda, bo nie rozumiem jak wszyscy zachwycać się mogą charakteryzacją w Atlasie. Jim Strugess i Hugo Weaving jako Koreańczycy mają tak śmieszne twarze, że aż zaczęłam się zastanawiać czy przypadkiem nie reprezentują jakiegoś rodzaju mutantów (historia numer 5).

Ogólnie w filmie chodzi o to, że wszystkie historie są splecione, poprzez taką pamięć genetyczną. Każdy z bohaterów napotyka na odpowiedniki (przodków) innych postaci, a każda z opowieści składana jest w hołdzie jednemu z nich, gdzie reszta jest tłem, albo jest na drugim planie. Mam nadzieję, że kminicie, bo nie chcę znowu wymyślać synonimów do słowa „bohater”. Błędy (czy tam grzechy, jak kto woli) poprzedniego wcielenia (przodka) rzutują na kolejne życia bohatera. Tak więc bohaterowie Toma Hanksa szukają odkupienia, gdy w historii numer jeden Tom Hanks kradnie młodemu prawnikowi zęby, obrączkę, pieniądze i go podtruwa. Odkupienie dopiero znajduje w ostatniej historii, ratując ludzkość (kurwa, jakie to słodkie). Jest też para, która ciągle na siebie trafia i jest po to aby żyć ze sobą, jest też dusza artystyczna i jest główny zły, Hugo Weaving, który jest płatnym zabójcą, Szatanem i grubą pielęgniarką, która pastwi się nad pacjentami.

Przyznać muszę, że pomysł na film jest nieprzeciętny i niesamowicie interesujący. Oglądając to, nie ma ani sekundy nudy, więc żadne z Was nie uśnie z otwartą gębą. Coś musi być jednak nie tak, bo u mnie nie znajdziecie recenzji z cyklu „klękajcie narody” i wszędzie muszę wbić szpilę.

Dwie sprawy więc. Pierwsza – zmęczyłam się na tym filmie. Historie są przedstawiane chaotycznie jakby je pięciolatek posklejał. Momentami w ogóle nie kminiłam o co chodzi, a po obejrzeniu musiałam usiąść i nad tym wszystkim pomyśleć. Powiecie – Dobrze, że film zmusił cię do myślenia, to znaczy, że jest dobry. Niezupełnie, gdy po filmie się ma kaca moralniaka i przeżywa się katharsis, to wtedy znaczy, że był dobry. Jak się siedzi i łamie głowę „O chuj w tym chodziło?!”, to znaczy, że był przegadany i pseudointeligencki. Nie zwracałam uwagi na fabułę, bo ciągle miałam minę „what the fuck” i ciężko rozkminiałam co autor miał na myśli.

I doszłam do tego. W Atlasie Chmur chodzi o to, żeby być dobrym człowiekiem, bo jak się jest złym, to karma kiedyś się od nas odwróci oraz o to, że należy wierzyć w przeznaczenie. Kurwa mać, prawie trzy godziny pierdolenia, trzy godziny montażowego kociokwiku, żeby widzowi podać taki banał. I tu jest czas na drugą sprawę – w jaki sposób Wachowscy podają ten banał. Są takie momenty w tym filmie, gdzie scenariusz pisał chyba do tego Paulo Coelho. Jest takie natężenie patosu i takiej filozofii dla ubogich w stylu brazylijskiego wieszcza, że aż żal ściskał mi zwieracze.

Mam podobnie z tym filmem jak z ostatnią płytą Maryśki Peszek. Jestem rozdarta. Gdzie przy Jezusie ideologicznie ta płyta mi podpasowała, to forma podania treści w ogóle. Tutaj jest na odwrót – dobry pomysł, przy pierdololo jak z najlepszych cytatów wybranych przez „Żenujący cytat Paula Coelho na dziś”.