Nie jestem pewna czy podołam recenzji czegoś, co mi się podobało. Zwykle najlepsze „recenzje” piszę wtedy kiedy gałki oczne wyłażą mi na wierzch i zaczynam toczyć pianę z ust, zupełnie jak Graham Chapman z Monty Pythona na środowisko gejowskie. No, akurat niezbyt fortunne porównanie mi wyszło, nieważne. Po wczorajszym seansie wdałam się w dyskusję z moim Konkubentem (z którym żyję w grzechu) na temat tego filmu. Założyliśmy więc grube oprawki, tweedowe garnitury i pulowery, cmokając i wywracając oczami dyskutowaliśmy. Ani ja go nie przekonałam do filmu, ani on mnie do tego, że „Bestie” to nuda. Ale ja jeszcze mam bloga w rękawie. Szach mat, Paweł! En garde!

Sama nie nastawiałam się na Bóg wie jakie widowisko, czasem uprzedzam się do filmu czytając komentarze na Filmwebie. Gdy pojawia się klasyk typu „Nie rozumiesz tego filmu? Jesteś idiotą, to jest film dla ludzi inteligentnych”, wychodzi w większości przypadków, że obraz to przeintelektualizowane pierdololo. Przy „Bestiach” takie komentarze również się pojawiły i uprzedzając się na starcie, doznałam miłego rozczarowania.

Wiem, że ten film ma wielu nie tyle co przeciwników, tylko osób rozczarowanych, zadających pytanie „Ale o co w tym filmie tak naprawdę chodziło?”. Ja ten film zrozumiałam, oczywiście na tyle ile można było go w ogóle zrozumieć. Zacznijmy od fabuły, która też nie jest tak jednoznaczna i (moim zdaniem) realistyczna. Hushpuppy to ośmiolatka, którą wychowuje ojciec. Żyją w skrajnych warunkach – dom z dykty, po którym biegają psy, świnie i kurczaki, dziewczynka biega brudna i zaniedbana, matka gdzieś zniknęła, a ojciec alkoholu i pacierza nie odmawia. Już samo jej imię wskazuje na to, że jej rodzina jest krystalicznym przykładem patologii (tak, również w Stanach niziny społeczne nadają dzieciakom pojebane imiona). Dziwny jest świat w którym toczy się akcja. Nie jest powiedziane gdzie dokładnie to jest, w domysłach przypuszczam, że jest to jakieś dorzecze Missisipi. Hushpuppy z ojcem żyją w jakiejś wiosce gdzieś rzuconej pomiędzy odnogi rzeki, wiosce gdzie po ewakuacji przez rząd, zostają najprawdziwsi tamtejsi autochtoni, którzy za cholerę nie dadzą się przenieść. Naturalnym wrogiem są dla nich ludzie mieszkający za groblą (wałem przeciwpowodziowym – levee), którą wybudowano, alby siły natury nie zalały ichniejszego miasta.

Moim zdaniem „Bestie” to odwrócona baśń. W baśniach dla dzieci głównymi bohaterami są dorośli, a tutaj opowieść jest kierowana do dorosłych, a protagonistką jest dziecko. Przez cały film toczy się akcja, która tak naprawdę jest tylko płótnem, po którym malują ręce dziecka upaprane w farbie. Wiele rzeczy nie ma ładu i składu, nie ma przyczyny i nie ma skutku. Przede wszystkim po tym filmie trudno odpowiedzieć na pytanie zadane w pierwszym akapicie, czyli o co tak naprawdę chodzi. Wystarczy sobie przypomnieć trochę czy wszystko co robiliśmy mając siedem – osiem lat miało sens. A śmiem przypuszczać, że większość scen w filmie, to wykreowany świat w głowie małej Hushpuppy. Jestem niemalże o tym przekonana po końcowej scenie, gdzie przez cały film pędzące prehistoryczne tury, wydawały się jakimś bzdurnym i nikomu niepotrzebnym przerywnikiem, okazały się wskazówką do tego, aby wątpić w realność całego obrazu. Skoro Hushpuppy się odwróciła do tura, który ożył w wyniku topnienia lodowców, widziała go i zaczęła z nim rozmawiać, to przecież jesteśmy pewni, że ona sobie go ubzdurała. Co więc jeszcze oprócz prehistorycznych potworów, zajadających niegrzeczne dzieci, podpalania palnika miotaczem ognia i gadającej koszulki, która była symbolem jej matki ubzdurała sobie dziewczynka?

Odpowiedź nie jest jednoznacznie podana i to w tym filmie jest fascynujące, że trzeba się w niego trochę zagłębić. Wiem, że to zdanie wyszło mi jak u filmwebowych filozofów, ale aby rozróżnić rzeczywistość od wyobraźni, trzeba się w sobie „cofnąć” o jakieś kilkanaście, kilkadziesiąt lat. Wydaje mi się, że przykładów pokolorowania smutnego, brudnego i śmierdzącego świata, który otaczał dziecko było kilka. Pierwsze sceny – gdy Hushpuppy biega z zimnymi ogniami, gra muzyka, a wszystko wygląda ciepło i wesoło jak teledysk Beirut. Sam fakt stworzenia sobie odizolowanego państwa-miasta, gdzie nasz świat jest rajem, a tamci są źli, wydaje się nieprawdopodobny. Wydaje mi się, że dziewczynka tłumaczyła sobie alkoholizm ojca tym, że woda jest słona i trudno o tą słodką, więc ojciec w najlepszym przypadku żłopie Coronę, a w najgorszym czystą. A najjaskrawszym przykładem chyba było wypłynięcie wraz z przyjaciółkami w otwarte morze na jednym kole ratunkowym, gdzie później odnajduje je jakiś stary kapitan i zawozi je do burdelu gdzie… Hushpuppy spotyka swoją mamę. Zauważcie, że ta akcja miała miejsce, gdy dziecko dowiedziało się, że jej ojciec umiera. Puppy od razu wykreowała sobie w głowie matkę, która jest ładna, robi kotlety z aligatora i ją przytula.

Są takie filmy gdzie nie powinno się doszukiwać na siłę sensu. „Bestie z południowych krain” są właśnie takim filmem, gdzie nie powinniśmy uruchamiać na siłę własnego racjonalizmu i zastanawiać się „co autor miał na myśli”. Bo dzieci mało rzeczy mają na myśli, gdy ganiają za kurczakami, wygrzebują dżdżownice, łażą po drzewach, a w nocy piszczą i twierdzą matce, że widziały Bukę z Muminków na korytarzu. Przyznam szczerze, że zafascynował mnie ten film, tylko nie wiem za bardzo z jakiego powodu. Muzyki, zdjęć czy tego, że jednak po tylu latach potrafiłam zrozumieć tę gówniarę? Nie wiem. Przecież ja nie lubię dzieci. Chyba.