Jakieś ponad tysiąc lat temu, w czasach przedchrześcijańskiej Polski, kiedy to znaczną część powierzchni kraju porastała gęsta, mroczna knieja, ja uważałam się za twardą metalówę. Nieraz pewnie słyszeliście te śpiewki od glanach, słuchaniu Metalliki, Iron Maiden, od wielkiego dzwonu Slayera i Sepultury i byciu odbieraną jako pozerka przez regionalną, metalową bohemę, ze względu na to, ze się miało małe cycki. Być może przez te właśnie cycki zerwałam z tym, a być może przez to, że inna muzyka jest też dobra (albo i lepsza), a może przez to, że metal po prostu zardzewiał i teoria Darwina zwiewnym krokiem ominęła ten gatunek. No, kreacjoniści przynajmniej będą mieli kolejny argument w dyskursie symbolicznym na temat sensu życia i początków istnienia. Argument, który być może, już niedługo sam się obali.

Zagłębmy się w temat i objawy pacjenta. Jakaż to ostatnio kapela grająca coś z okolic heavy metalu wybiła się i osiągnęła komercyjny sukces na światowym poziomie? Pomyślmy, to chyba była Metallika z Czarnym Albumem w 1991 roku. Co po tym wydarzeniu zostało wydane i nie zostało spożyte tylko i wyłącznie w hermetycznym, metalowym światku, zasługując na recenzje nie tylko w prasie branżowej? Nine Inch Nails z The Fragile? Nie, nie liczy się, bo za dużo elektroniki. Soundgarden, Nirvana, Jane’s Addiction? No proszę się nie kompromitować. Więc co? Nic? Jeżeli już pojawiały się jakieś recenzje płyt metalowych zespołów w ogólnej prasie muzycznej, to tylko po to, żeby podkreślić, że metal is dead, wrapped in plastics. Żeby potwierdzić tę tezę, wystarczy zapytać się jakiegokolwiek gimbusa z długimi kłakami czego słucha. Slejera, Megadefu, Metalliki, Kreatora, Sabatona, Opeta, ble, ble, ble. Owszem, ten argument da się tym odeprzeć, że mało który gimbus zna się na muzyce, ale wszystkie te kapele są grubo po czterdziestce, jeśli nawet nie po pięćdziesiątce. Gdyby nie ostatnie symptomy na niebie, wystarczyłoby założyć nogę na nogę, pomachać obcasem i poczekać aż to całe tatałajstwo zdechnie śmiercią naturalną, bądź przejdzie na pomostówkę i uwolni świat raz na zawsze od metalu.

Jednak na szczęście (dla niektórych pewnie i nieszczęście), ostatnimi czasy słuchanie metalu, a zwłaszcza black, robi się coraz bardziej awangardowe. Bogu (albo raczej Szatanowi) dzięki za to, że jeden zespół ratuje ten gatunek przed kompletną kompromitacją (patrz Jestem stołem) i wejściem rdzy we wszystkie zakamarki. Mowa oczywiście o Mastodonie, który od kilku lat nazywany jest jedyna nadzieją dla metalu, nadzieją, która jak na razie dobrze się wywiązuje z ambicji w miarę gramotnych słuchaczy. Grają solidnie, mają osobowość i mają komercyjne numery, które można zaprezentować szerszej publiczności. Przykładem jest właśnie The Sparrow, który od kilku tygodni siedzi na swojej wysokiej grzędzie na Liście Przebojów Trójki.

A co z black metalem, który jest najbardziej odporny na wszelkie zmiany i jest najbardziej hermetyczny z całej tej zakutej, metalowej hordy? O dziwo właśnie w tym ukluło się coś zupełnie nowego, świeżego i awangardowego, bez konieczności palenia kościołów, rozlewania świńskiej krwi i corpse painting. I wcale tutaj nie mówię o Vaderze czy Behemocie, bo z całym szacunkiem, oba zespoły grają solidnie i bardzo dobrze, jednak nic nowego nie wymyśliły. Tak samo grało się 20 lat temu. Przygrywka – zwrotka – refren – zwrotka – refren – solówka – refren – koniec. Zgodnie z post-rockową modłą odchodzi się od tego, na rzecz stopniowego budowania napięcia w piosence. Przykładami są Wolves In The Throne Room, Deafheaven czy Krallice. Podstawową różnicą pomiędzy muzyką takich zespołów a takiego Behemotha jest to, żeby posłuchać tego drugiego trzeba słuchać metalu. W pierwszym przypadku wystarczy interesować się muzyką w ogóle.

To wszystko to nie jest oczywiście opus magnum tej nowej (?) fali, które wstrząśnie muzycznym światem i wbije swoje zęby w pierwszą dwudziestkę albumów wszech czasów. Jednak być może taki Mastodon w następnym albumie, albo za dwa czegoś takiego dokona, a kto wie, może wytryśnie jeszcze nowy zespół, który pierdolnie zdrowego kopniaka metalowemu trupowi i dzięki temu stanie się inspiracją dla nowego pokolenia? Chciałabym to zobaczyć, jak na razie po „nowatorskich” i „awangardowych” dokonaniach takiej Metalliki i Lou Reeda, pozostaje mi odmierzać czas machaniem obcasa, do totalnej zagłady.