Jestem osobą słabo wierzącą, w zasadzie to katolicyzmu we mnie tyle co kot napłakał i od pójścia do Kościoła bliżej mi do ateizmu. Nie jestem również internetowym ateistą – hejterem, dla którego każdy chrześcijanin to moher, elektorat PiSu i słuchacz Radia Maryja. Sam Pascal stwierdził, że wiara się bardziej opłaca, bo co zrobią ateiści po śmierci, gdy okaże się że jednak Bóg istnieje? Będziemy się gotować w kotle, ale przynajmniej będzie zabawnie, bo będzie tam dużo znajomych.

Nie chcę też dywagować i rozwlekać jakiś rozważań egzystencjalnych, już kiedyś popełniałam takie teksty i płonę ze wstydu, gdy sobie o nich przypomnę. Całe szczęście posłałam całą tę grafomanię w niebyt i już nie będziecie mieli kolejnego powodu, żeby się ze mnie śmiać.

Mój status wiary jest dosyć niejednoznaczny, co mnie strasznie trapi. Chcąc się określić, wpadłam na jakże genialny w swojej prostocie pomysł – przeczytam Biblię i Biblię Szatana. Jako że często bywam niebystra i zawsze miewam jasny kolor włosów, sięgnęłam po łatwiejszą w odbiorze literaturę, która miała szansę wziąć moje resztki wiary, skopać je do nieprzytomności, obrzucić napalmem i wdychać jego zapach. Oczywiście o poranku. Wzięłam Biblię Szatana LaVeya.

Książka cała jest dostępna w Internecie, jest napisana współczesnym językiem i nie zawiera w sobie żadnych przepisów na potrawkę z kota. Główną osią jest przekazanie czytelnikowi i wmówienie mu, jaki to on jest biedny, uciemiężony i zniewolony przez chrześcijaństwo. Czyżby? Będąc 17 lat we wspólnocie chrześcijańskiej nigdy nie poczułam się zniewolona, nawet ani razu nie doszłam do tego gdy przeżywałam swój kryzys. Może jestem za głupia? A może to tylko polityka zwrócenia na siebie uwagi poprzez atak? Całość jest napisana jak kiepska kampania marketingowa na zasadzie „HEEEEJ, popatrz jacy my jesteśmy wspaniali! – Nie jesteś z nami, jesteś chujem!”. Wymieniono całą gamę korzyści płynących z tej szatańskiej strony, atakując przeciwników, co lustrzanym odbiciem na naszym podwórku jest to, co się dzieje na scenie politycznej. Jazgot, wrzask i żadnego novum, po którym by się powiedziało „Ooo, ten Anton Szandor to jednak ma rację”.

Biblia Szatana ma w sobie dużo błędów, które wyłapując nie trzeba mieć większej znajomości teologii. Przykład: „Zdając sobie z tego sprawę, Kościół katolicki stworzył cudzołóstwo jako grzech pierworodny” (5.3 Niektóre przykłady Nowej Ery Szatana). Cudzołóstwo jest grzechem ciężkim, a nie pierworodnym. Można się sprzeczać, że LaVey miał na myśli grzech Adama i Ewy, kiedy to zerwali i zjedli owoc z drzewa poznania dobra i zła, czego metaforą było współżycie seksualne. Nie, seks grzechem nie był, z tego co mnie nauczyli, to Bóg po stworzeniu mężczyzny i niewiasty rzekł im: „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się”. Raczej to ewidentne przyzwolenie na seks, którego nam tak rzekomo Kościół odmawia. Sporo jeszcze można wynaleźć tego typu potknięć, które używane są do poparcia swojej wizji i teorii. Samo dochodzenie do wiarygodności racji swoich odkryć, jest przedstawiane poprzez samopotwierdzenie, a nie, jak to powinno się robić, przez obalenie.

Sam styl i kunszt pisarski pana Antona Szandora jest jeszcze gorszy od mojego i mógłby szukać pracy na Pudelku. Żeby coś dobitnie zaznaczyć nie trzeba wstawiać wykrzykników ani pisać caps lockiem, a wystarczy przelecieć po kartkach, żeby od razu się to rzuciło w oczy. A to jest takie tabloidowe.

Jedyną ciekawostką są tamtejsze ich rytuały satanistyczne, co do nich potrzeba i jak się za to wszystko zabrać. Całość opiera się na seksualnej wolności, a jeżeli przychodzi opisywanie stosunku, to LaVey jest o niebo lepszy w te klocki niż niejeden harlequinowy pisarz. Fragment „Wykorzystaj do maksimum wszystkie czary i uroki, które są skuteczne; jeżeli jesteś mężczyzną, wkładaj w nią swój twardy członek ze zmysłową rozkoszą; jeżeli jesteś kobietą, rozłóż szeroko nogi w pożądliwym oczekiwaniu” użyli chyba w Nagiej Broni 2 i 1/2, gdy doktor Mainheimer miał szybko obudzić śpiące audytorium. A dla takich kwiatków naprawdę warto wziąć Biblię Szatana.

Książki nie polecam, jest dosyć nudna i sprawia wrażenie, że autor ma czytelnika za kretyna. Oświecenia przy niej może dostać zbuntowany piętnastolatek, albo osoba, dla której Paulo Coelho to filozof dzisiejszych czasów. A LaVey jest takim Coelho, tylko bardziej pyskatym i rozwrzeszczanym. Całą treść można podsumować w zdaniu „Jesteś ciemiężony przez religię, otwórz oczy i idź ku oświeceniu”. Ale czym jest to oświecenie? No właśnie – niczym nadzwyczajnym i nowym. Jest codziennością. Bo egoizm i seksualność to nic nowego, a właśnie ich odkryciem chlubi się LaVey. Gratulacje. Jeżeli chcesz mieć kryzys wiary, już lepszy będzie Kod Leonarda DaVinci.