Jeżeli ktoś nie oglądał, to niech nie czyta, bo se popsuje wszystko. Jeżeli nie oglądał a chce czytać, to proszę bardzo, ale ostrzegałam, bo nie mam zamiaru z nikim się po sądach szarpać!

Boli mnie to bardzo, że nasz kraj jak zwykle musi być sto lat za Murzynami. Premiera światowa filmu odbyła się 1 września ubiegłego roku. U nas premiera była 21 stycznia. Czy oni transportowali taśmy tratwami z tego cholernego Hollywood? Nie wiem czyja to wina, ale czuję się jakbym żyła w cholernym trzecim świecie.

Nie sądziłam, że obejrzę ten film, jakoś niespecjalnie mnie ciągnęło do oglądania filmu o baletnicach, które sobie nawzajem życzą połamania nóg. Jednak wypadałoby ukulturalnić się, pudrować swoje prowincjonalne pochodzenie, upychać słomę w butach i obejrzeć filmy nominowane do Oscara. Wybór na pierwszy odstrzał padł właśnie na Czarnego łabędzia.

Film opowiada o zahukanym dziewczątku, którego życie wygląda dosyć monotonnie – pomiędzy wyginaniem się w trykocie przy barierce i lustrze a siedzeniem w różowym pokoiku zostaje jej z życia bardzo niewiele. W zasadzie to nic nie ma, tylko balet, balet, balet, pluszowe misie. Życie diametralnie się zmienia, gdy zostaje wybrana do zagrania Królowej łabędzi i jej mrocznego alter ego, oczywiście w nowym wydaniu baletu Czajkowskiego. Staje się to bodźcem do powolnej samodestrukcji bohaterki.

Nie można moim zdaniem winić matki za tę sytuację. Owszem, skatalogować można ją do tych „wybitnie opiekuńczych” i „chcących mieć perfekcyjną córkę”, ale nie wierzę, że nie istniała żadna szansa na „postawienie się” przeciwko jej decyzjom. Bohaterka jest tak zahukana i (inaczej nie da się jej nazwać) lamowata, że aż jej postać wydaje się być niemożliwa w realnym świecie. Niemożliwa albo po prostu chora psychicznie, a wiadomo, film nas prowadzi ku tej drugiej możliwości. Wszystko w jej poukładanym, różowym świecie się zaczyna sypać gdy do akcji wchodzi nauczyciel baletu, Thomas, który stosuje bardzo niekonwencjonalne metody nauczania, tylko po to, żeby wydobyć z Niny namiętność i pożądanie, które były przecież niezbędnymi cechami, aby móc zagrać postać czarnego łabędzia. Przypuszczalnie to na całego rozkręca tę paranoję w którą wpada bohaterka.

Cała ta najgorsza odmiana schizofrenii ma podłoże seksualne. Wszystkie halucynacje Niny dotyczą seksu, a jej zachowanie i nastawienie wobec tego jest jak u najświętszej zakonnicy, co kolidowało mi trochę z jej stwierdzeniem, że nie jest dziewicą. To właśnie mi w tym filmie nie pasowało, wszystko u niej dotyczące tych sfer było takie… niewinne aż do obrzydzenia. Skoro już takie rzeczy robiła, to dlaczego wszystko co intymne wywoływało u niej wielkie oczy i niemalże gluty kapiące z nosa?

Jednak mimo wszystko Portman idealnie zagrała tą irytującą świętą „dziewicę” orleańską i bohaterka była miała taka być, a nie wyszła tak se przypadkiem w wyniku nieudolnej kreacji aktorskiej. Wydaje mi się również, że statuetkę za muzykę dostanie Clint Mansell, chociaż kibicuję Trentowi Reznorowi za The Social Network. Film naprawdę przedni, zasłużył bardziej na Oscara niż Incepcja i TSN, a wcale tego nie mówię, tylko dlatego, że niby film był babski, bo było różowo i były balety. Też nie rzucił mnie na podłogę, ale z czystym sumieniem mogę wystawić 8/10 i polecić każdemu.

Aha i niech mi ktoś wytłumaczy kwestię samobójstwa (?). Nina w afekcie morduje Lily, która okazuje się być nią samą, przez co Nina wbija sobie w brzuch kawałek lustra. Bohaterka walcząc ze sobą ma na sobie białą sukienkę, a jej alter ego ma czarną. Biały łabędź rani czarnego, a w efekcie z garderoby wybiega Nina ubrana w czarną sukienkę i odgrywa swoją rolę. Więc próbowała się zabić mając już czarną sukienkę, czy mając jeszcze białą? Później widać, że popruta jest ta biała, jednak nie ma na niej żadnych śladów krwi, co przecież na białym by od razu było widać.