Cieszę się, że podróże kształcą i wyrabiają osobowość młodego człowieka. Jednak jeszcze większym plusem jest fakt, że wreszcie nie byłam tylko w tej przysłowiowej dupie i że widziałam trochę więcej niż wiadomo co można w tym miejscu ujrzeć. Czyli będąc gdzieś więcej niż tamże (czytaj dupie), oznacza, że tam nie byłam, ale tak niewdzięczny i niesubtelny temat nie może być powodem egzystencjalnej wewnętrznej dysputy. Nie może, bo zaczynam pierdolić głupoty, ale przynajmniej ciężar napisania jakiegoś wstępu zrzuciłam, pisząc o dupie. To może oznaczać jedno: albo dostanę kiedyś literackiego Nobla, albo ktoś powinien mi zabrać klawiaturę. Udam, ze nie słyszałam krzyków poparcia dla drugiej opcji i pokrótce opowiem Wam jak było w Casablance i stolicy Maroka, czyli Rabacie. A potem zasypię Was zdjęciami o wątpliwej wartości artystycznej.

Casablanca jest całkowitym przeciwieństwem dzikiego i egzotycznego Marrakeszu. Europejczyk może to miasto odebrać wyłącznie na dwa sposoby: może być zachwycony porządkiem i estetyką, albo może być zawiedziony tym, że Casablanca jest europejska. A nie po to się przyjechało do Afryki, żeby oglądać południową Francję. Marokańczycy doskonale zdawali sobie sprawę, że po kultowym filmie noir o domyślnym tytule, miasto to będzie zawsze gwoździem programu wycieczek po Maroku. Problem Casablanki po „Casablance” polegał na bardzo ważnych, dwóch kwestiach. Otóż w mieście nie została nakręcona żadna scena z filmu. Nawet scena pożegnania dawnych kochanków, która działa się na lotnisku, była nakręcona w hollywoodzkim studiu z… kartonowym samolotem. Druga trudność polegała na tym, że Casablanca nie miała żadnych, ale to żadnych powalających zabytków, które mogły być kojarzone z miastem i na których można było by budować turystyczną wizytówkę miasta. Cóż zrobili mieszkańcy i cóż zrobił król? Wybudowali meczet. Meczet nie byle jaki, bo jeden z największych na świecie. Meczet na wodzie. Wszyscy się spierają, czy meczet Hassana II jest największy, zaraz po Mekce, czy dopiero po Hadze Sofii, czy może jednak jest czwarty. W każdym razie jest ogromny, a pieniądz władowany w budowę kompleksu widać, jednak w przeciwieństwie do polskiej architektury sakralnej (patrz Licheń) nie kapie z sufitu. Wszystko jest zrobione w typowym dla Maroka stylu mauretańskim, który nie ma w sobie ani odrobiny przytłaczającej przesady, mówiącej „Nie dotykaj bo pobrudzisz”. Może jedynie gryźć się widok kompleksu meczetu ze slumsami, które uzbrojone są po dachy w… anteny satelitarne. A cóż jeszcze zrobili mieszkańcy Casablanki, żeby zarobić na filmie, który był tak naprawdę picem na wodę i fotomontażem? Założyli Rick’s Cafe, której działa się akcja nagrodzonego Oscarem filmu. Niektórzy wiedzą o tym, że kawiarnia jest jedynie atrapą i nie ma w niej Sama za fortepianem, a niektórzy ze wściekiem macicy wbiegają do środka. Byłabym w tej drugiej grupie, gdybym nie została należycie uświadomiona. Z trzaskiem pękającego szkła, poczułam, że zostałam obdarta z tej słodkiej niewiedzy dotyczącej „Casablanki”. No cóż, ideał sięgnął bruku.

Rabat jest położony od Casablanki jakąś godzinę drogi autobusem, więc oba miasta można obskoczyć jednego dnia. Można zwiedzić dzielnicę rządową, jednak przyznam szczerze, że nie ma w niej nic spektakularnego, poza pałacem króla, który bywa tam podczas godzin swojej pracy, czyli królowania i podpisywania jakiś tam arcyważnych papierów. Jeżeli dobrze kojarzę, wejść do pałacu można tylko w jego urodziny, które są w styczniu. Przejść się można pod mauzoleum Mohammeda V, do którego nie mieliśmy okazji wejść. Wyjaśnienia dostaliśmy bardzo mgliste, więc porobiliśmy sobie zdjęcia pod wieżą Hassana, która wraz z meczetem stoi niedokończona od 1199 roku. Jednak najbardziej uroczym zakątkiem Rabatu jest dzielnica Kasba Al-Udaja. Kasba ma niesamowity klimat z powodu uroczych, wąskich uliczek. Wszystkie domki są pomalowane na biało – niebiesko i wydaje mi się, że takiej architektury i estetyki nie znajdzie się w żadnym innym miejscu na świecie. Uliczki, z gdzieniegdzie pojawiającymi się dzieciakami albo baranami mają w sobie niesamowitą magię.

Koniec tych biadoleń, pozdrawiam i błogosławię tych, którzy to przeczytali i zapraszam do galerii: