To nie jest fajne, to nie jest modne, ale muszę się do czegoś przyznać. Dużo ludzi sądzi, że słucham metalu. Nie, kochani, ja tylko Metallikę, Iron Maiden i od wielkiego dzwonu Slayera. Lubię ładne melodie, pielesze, kominek, kotka i bujany fotel. W tej swojej staroświeckości byłam wręcz podatna na pewną kapelę. Mianowicie na Coldplay.

Który to był? 2003 chyba. Wiadomo, młody człowiek wtedy nosił wyłącznie glany i koszulkę z czymśtam. Niestety środowisko metalowe nie przyjęło mnie w swoje kręgi, motywując odmowę jednym słowem: pozerka. W tym roku też przyszła do mnie Justin z płytą pełną pirackich mp3.
- Co tam masz?
- Ano mam taki fajny zespół, pewnie słyszałaś, Coldplay się nazywają.
- Łe, pedalskie granie.
- Wcale nie, bo mi się podoba.
- Bo nigdy nie miałaś jaj, żeby posłuchać czegoś mocnego!
- Że coś nie jest mocne, wcale nie znaczy, że złe! Odpalaj kompa.

Oczywiście nie przyznałam się Justinowi, że jakkolwiek leciało Clocks w sieradzkim radiu, to podkręcałam volume do tego stopnia, że radyjko biegało po podłodze. Parachutes i A rush of blood to the head zadziwiają swoją prostotą. Słuchając ich ma się wrażenie, jakby to grali miłe chłopaki z sąsiedztwa, z którymi zawsze matki chciały swatać swoje córki. To takie urocze, niezobowiązujące granie, które każdy lubi, słuchając go nawet po kryjomu. Nie ma w nich nic odkrywczego przecież, krytycy muzyczni nie zachłysnęli się nimi, ale mimo wszystko tych chłoptasiów wyniesiono na piedestały i ogłoszono następcami U2. Co jak co, udało im się, grali lekko, mile, melodyjnie i naturalnie, Chris Martin, mimo diastemy, jest charyzmatyczny, a to stanowiło mieszankę idealną dla koncernów muzycznych. Trafiali praktycznie do każdego odbiorcy, byli w tym naprawdę dobrzy i zapowiadał się z nich zespół – stadionowiec. Bo przyznajmy szczerze, zespoły koncertujące przed publicznością, której za cyfrą są cztery zera, to zespoły o średniej wieku sygnalizującej średni wiek. A żadnego młodego zespołu na horyzoncie nie było, dopóki na tle zachodzącego słońca, jak Lucky Luke nie pojawiło się Coldplay. I co, źle że machina komercji wepchnęła ich w swoje tryby? Ależ skądże! Skoro pisali komercyjne piosenki, które nie przynosiły wymiotów przy drugim odsłuchaniu, to nie widzę w tym nic złego. Tak słuchałam Spadochronów i Uderzenia krwi mówiąc Chłopaki, zasłużenie tłuczecie te miliony. Oby tak dalej.

Wakacje 2005. Siedziałam u fryzjera i myśląc jaki kolor na włosy sobie rzucić, usłyszałam w radiu: Wygraj nową płytę Koldplej w radju zed! Wyślij esemesa o treści koldplej i wyślij na numer blablabla a iks i igrek może być twoja! Nowy album Koldplej, tylko w radju zed… Nastawiłam ucha w nadziei, że usłyszę nowy singiel wśród arii suszarek. Niestety, poleciało Kokodżambo. Coś jednak zaśmierdziało. Coldplay i Radio Zet? Rozumiem, komercha komerchą, ale upaść i to tak nisko?! Nowy singiel przyszło mi z Justinem usłyszeć w Trójce. Sytuacja ze Speed of sound była bardzo dziwna. Pierwszy raz w życiu spotkałyśmy się ze zjawiskiem kserowania samego siebie.
- Ej, w Trójce im się coś popieprzyło, puścili Clocks – oznajmiłam.
- No, też mi się tak na początku wydawało, ale jednak są jakieś tam różnice… Osłuchamy się, to będzie dobrze.
Zorganizowałyśmy sobie nowy album i jakoś osłuchać się nie potrafiłam. Ta płyta… jest po prostu słaba. Coldplay oblało egzamin na trzeci album, który jak wiadomo jest już pokazówką tego co zespół tak naprawdę umie. A widocznie umiało stworzyć nudne melodie, które tym bardziej nie zdawały kryterium wracalności. Nie pamiętam kiedy ostatnio słuchałam X&Y. Obiecuję, posłucham jak wrócę z Lublina. Kiedy jadę do Lublina? Nie zamierzam. Album ratuje jedynie Fix you, które jest naprawdę ciekawe i żaden rockowy gigant by się tej piosenki nie powstydził.

Parę ładnych lat później, będąc już na niewymarzonych studiach, dostało się w łapska Viva La Vida and coś tam coś tam. Nie wiem czy czekałam na powrót tej naturalności, tej kapeli kolegów z dzieciństwa, czy miałam nadzieję, że po prostu nie będzie nudy. Oooohoho, nudy nie ma na VLV! Oprócz gitary, basu, perki i wokalu mamy masę instrumentów i uczuć do odgadnięcia. Smyczki, syntezatory, klaskanie, pompatyczność, patos niemal jak przy hymnie państwowym. Ejże, czyżby ukrytym producentem był Piotr Rubik? A to wszystko oblane czekoladą, opakowane w ładny papierek i wypuszczone na rynek przy rozbuchanej reklamie. Niestety ten (nienawidzę tego słowa) eklektyzm orzeszków powłaził mi w zęby i spowodował ubytki. Już chyba jednak wolę X&Y, niż te nieznośne melodie, które sprawiają wrażenie układania „na siłę”.

Jednak sentyment do Coldplay sprawił, że zatrzymałam się w 2004 roku udając, że nic nie słyszałam. I słuchając Spies nadal widzę zimę i licealne zakochanie. Wiem, cukrzycy idzie dostać, ale mając 60 lat włączę sobie Parachutes, żeby przenieść się w czasie do ogólniaka. Dlatego na temat starego Coldplay nigdy złego słowa nie powiem. Ament.