Paul AtrydaTo miały być drugie Gwiezdne Wojny. Kasowy hit, który zarobi kilka TIRów pieniędzy w nominałach z dwoma zerami. Wszystko wskazywało na to, że ten film będzie skazany na sukces. Za reżyserię zabrać się miał David Lynch, młody artysta z nieprzeciętną wyobraźnią. Za muzykę wziął się Brian Eno, jeden z najbardziej rozchwytywanych producentów muzycznych. Universal wyskoczył z grubych pieniędzy, Sting zaprezentował naoliwioną klatę, a sam widz miał się przenieść do idealnie skonstruowanego świata umieszczonego przez autora Diuny gdzieś w kosmosie.

To nie mogło się nie udać. A jednak. Diuna jest filmem wizualnie brzydkim, kiepskim scenariuszowo, a widz oglądając to ma wrażenie, że robi się z niego głupka. Tego jest tak wiele, że nie wiem od czego zacząć.

Może weźmy na wartsztat wszystko to co się działo dookoła filmu, zanim on powstał. Początek lat osiemdziesiątych to w kinie złote czasy dla filmów science-fiction. Producenci zachłystywali się każdym dobrze rokującym scenariuszem, bo wiedzieli, że dzieciaki z klasy średniej na bank wydębią od rodziców kasę na kino. A potem na plakaty, figurki, komiksy i VHS. Nieograniczona żyła złota. Zaryzykuję stwierdzenie, że panowała moda na mroczne przedstawianie dalekiej przyszłości – zimne wnętrza, mało słońca, ekosystem całkowicie zajęty przez beton, metal i rury z których bucha para w świetle jedynej latarni ulicznej. Dlatego aż się prosiło, aby zekranizować Diunę, kultową książkę sci-fi napisaną przez Franka Herberta. Za reżyserkę miał się wziąć Alejandro Jodorowski, facet który na koncie miał już kilka filmów, które 90% ludzkości nie ogarnie (patrz: Święta Góra). Jodorowski dostał pieniądze na ogarnięcie pomysłu od Universalu, zawołał Salvadora Dali do roli Imperatora, jednak wszystko w łeb wzięło, gdy Herbert zobaczył objętość scenariusza. A raczej cegły wielkości książki telefonicznej, grubszej od samej książki. Pożegnano się, Diunę zawieszono, do czasu gdy Universal się skapnął, ze wykupione prawa autorskie wygasną już za chwilę. Trzeba było skołować reżysera, który ogarnie ten burdel i zrobi nam hit Box Office’a.

Propozycji było dużo, Ridley Scott się nie zgodził, scenariuszy spłodzono kilka, wszystko gdzieś umykało i kończyło się na gadaniu. W końcu David Lynch zgodził się wziąć tę robotę i przenieść książkę na taśmę filmową. Gdyby tylko to było takie łatwe. Lynch na koniec filmowania pokłócił się z producentami na tyle poważnie, że zabronił podawania swojego nazwiska w napisach początkowych (końcowych też, ale do nich nie dotarłam). Zamiast jego nazwiska pojawia się gwiazdor złych filmów, czyli Alan Smithee. Postprodukcją zajął się ktoś inny, efektami specjalnymi ktos inny i tak wyszedł totalny chaos.

Nie wiem czy właśnie nie przycinanie filmu (oddany film miał 4 godziny) nie wyrządziło mu takiej krzywdy. Akcja wydaje się tak porwana, że osoba, która nie czytała Diuny w życiu nie ogarnie tego co tam się dzieje. Obejrzałam wersję reżyserską (prawie 3 godzinną) a i tak miałam wrażenie, że oglądam jakieś streszczenie, ogromny zwiastun, który był przez kogoś zza kamery popędzany batem z jednoczesnym przeładowaniem wątków.

CzerwiokotTrudno uwierzyć, że film przy takim budżecie miał tak tanie i kiepskie efekty specjalne. Wystarczy wspomnieć Łowcę Androidów, który powstał dwa lata wcześniej! W Diunie mamy jakieś śmieszne eksplozje, wywalanie się statystów i trzęsącą się kamerę. Również scenografia jest kwestią sporną. Jednocześnie niektóre sceny są dopracowane idealnie, ze smakiem i klimatem, a zaraz potem jest chaos i degrengolada. Podobnie jest z kostiumami – falujące szaty za Wielebną Matką Bene Gesserit, skrzypiący płaszcz barona Harkonnena a zaraz obok majtki Stinga w kształcie orzełka. No kurwa.

Scenariusz byłby zaledwie słaby, gdyby nie fakt, że po nakręceniu filmu doklejono jeszcze myśli bohaterów, co jest klasycznym robieniem głupka z widza. Zamiast powiedzieć tę myśl obrazem, robiono wjazd kamery na twarz bohatera, kierowano światło na nią a aktor kameralnie spuszczał wzrok, kładł rzęsy na policzkach i mówił chimerycznie jakieś egzystencjalne pierdololo. Niesamowity był również ton aktorów (zwłaszcza Atrydów) gdy się do siebie zwracali, a zawsze robili to dramatycznym szeptem i wytrzeszczonymi oczyma. Harkonnenowie do siebie wrzeszczeli z sardonicznymi uśmiechami na twarzach, a taki Sting… W sumie nie wiem po co on tam był, chyba tylko żeby do kin zwabić nastoletnie dziewczęta.

Musi być coś dobrego jednak w tym filmie. Tak, Lynch starał się wytłumaczyć pojęcia, które pojawiają się w Diunie – Kwisatz Haderach, gom dżabbar, Bene Gesserit itd. W książce akurat tego mamy jak na lekarstwo i przy czytaniu musiałam posiłkować się słowniczkiem, zamieszczonym z tyłu książki. Co z tego, skoro scenariusz jest porwany przez montaż i natłok informacji, które starano się wcisnąć w dwie godziny filmu kinowego?

Jest jednak jakieś podobieństwo w reakcji osób które czytały Diunę do tak zwanych non-readerów. Jedna i druga strona po obejrzeniu Diuny będzie tylko mrugać powiekami w zdziwieniu, że dostało w twarz setką posklejanych od dupy historyjek, które puszczono w trybie przyspieszonym. Ktoś może powiedzieć, że film ma zimny klimat i jest spowity typową aurą tajemniczości futurystyki. Może i ma, co nie zmienia faktu, że Diuna jest chyba najbardziej zaprzepaszczonym filmem z ogromnym potencjałem. I największa porażka w filmografii Lyncha.