Dżango unczejndWiększość z Was pewnie już widziała ten film, mi dopiero było dane go zobaczyć kilka dni temu. I tak się zbierałam w sobie aby usiąść na dupsku i wreszcie coś sensownego napisać. Mili Państwo, na wstępie przyznaję, że nie jestem fanką filmów Tarantino. Rozumiem zachwyty nad jego stylem, który jest nie do podrobienia, jednak no co poradzę. Nigdy szczególnie nie śmieszyły mnie fruwające sztuczne mózgi, a zwłaszcza jeśli pojawiają się w każdym jego filmie.

Django to bardzo dobry film. Ma mnóstwo szczegółów, które mogą rozbawić widza do łez (np. ząb trzonowy na sprężynie) i zaskoczyć swoją absurdalnością (niewolnica mówiąca biegle po niemiecku, albo „Kurwa! Twoja stara źle zrobiła dziury w kapturze!”). Ale zacznijmy od początku. Doktor King Schultz jest łowcą nagród. Bierze taki list gończy od szeryfa stanowego i szuka złoczyńcy. Gdy go już znajduje zazwyczaj go zabija, bo zwłoki łatwiej dowieść do stolicy stanu, nie wołają podczas podróży na siku, nie pyskują i nie próbują zwiać. Schultz na teksańskiej prerii odbija niewolnika Django, który wie jak wygląda trzech braci, których łowca ma dostarczyć żywych albo martwych (z większym naciskiem na słowo „martwych”) i odebrać za nich kupę hajsu. Ten duet wprowadza, łagodnie mówiąc, konsternację w kolejnych prowincjonalnych miasteczkach, w których każdy zaciąga teksańskim akcentem i ma strzelbę przy nodze. Główna oś wydarzeń nie skupia się jednak na zabijaniu złych ludzi, tylko na uratowaniu żony Djanga, również niewolnicy. Para została rozdzielona podczas nieudanej ucieczki, w wyniku której trafili do „pracy” na plantacjach oddalonych od siebie… nie wiem w sumie ile, ale pewnie dużo mil.

W Django prawie wszystko jest dobre. Jamie Foxx kreując postać głównego bohatera chyba obejrzał wszystkie westerny Sergio Leone, w których występuje Clint Eastwood. Django jest po prostu jego klonem, a jednocześnie jest tak przerysowany, że człowiek zaczyna się zastanawiać, czy jego postać jest hołdem czy pastiszem i obśmianiem? Chyba jednym i drugim. Zachwyt wzbudza też kreacja Samuela L. Jacksona, który wcielił się w postać starego i kulejącego lokaja. Dodać należy, że ten lokaj to niesamowity okaz, innych ciemnoskórych niewolników nazywa „jebanymi czarnuchami” i ogólnie jest kawałem skurwysyna, który manipuluje swoim panem. Di Caprio i Waltz również zagrali całkiem w pytkę, jednak wypadli zadziwiająco blado przy starciu Foxx – Jackson.

Napisałam wcześniej, że główna oś akcji nie skupia się na zabijaniu złych ludzi. Jak się uprzeć to jest to prawdziwe zdanie, jednak trzeba w tym momencie przyznać, że zabijanie, strzelaniny i wnętrzności, którym nadano jakąś prędkość po usunięciu ich z człowieka, są tłem i to takim, który co chwile rozbryzguje krew na twarzach widzów. A tej krwi jak to u Tarantino było całe mnóstwo. Ciekawa jestem ile cystern czerwonej farby zużyto podczas kręcenia filmu. Niektórzy mówią, że u Tarantino przemoc jest za bardzo podkreślona, za ładna, zbyt częsta i ogólnie za głupia. Prawda, ale widząc co chwilę bebechy nie masz ochoty się spawiować, tylko wybuchnąć śmiechem.

No właśnie, więc skoro wszystko jest takie idealne, to co ja tu robię? Coś musi być nie tak! I jest. To coś jest pytaniem, które brzmi: Ileż kurwa można. Ileż można robić pastisz, kreować bardzo nietypowych bohaterów (co nie jest złe, oczywiście) i wylewać juchę? Tarantino to bardzo dobry reżyser, który w ogóle się nie rozwija. Idąc na jego film doskonale wiesz czego się spodziewać, bo przecież w każdym jest to samo. Tak samo jest u Tima Burtona – sporo plastikowego mroku, Johnny Depp i krzykliwe kolory. I Burton od kilku filmów stał się niestety ofiarą swojej konwencji, bo jego każdy kolejny obraz to coraz większa kicha. Wiadomo – Quentin jest mistrzem w swojej dziedzinie i tam czuje się najbezpieczniej. Ale przyznacie jakie zaskoczenie by wywołał jego film, który załóżmy byłby „normalny”? Nawet nie musiałby mu wyjść, tak czy siak dostałby Złotą Malinę, ale jaki plus za odwagę! Za wyjście ze swojego śmietnika i spróbowanie ułożenia sobie legowiska w drugim! No dobra, to nie jest dobre porównanie, ale nieważne.

Aha i bym zapomniała o jeszcze jednej rzeczy. W Django kapitalna jest ścieżka dźwiękowa. Hip hop w westernie? No jasna cholera, myślałam że przy uderzeniu żuchwy na dźwięk tych piosenek będę musiała zęby zbierać z paneli. I udźwiękowienie to prawdziwa skarbnica dla wyszukiwania powtarzalności niektórych sekwencji, które słyszało się w innych filmach (pohukiwanie sowy, rżenie konia, trzaśnięcie drzwiami no i legendarny krzyk Wilhelma).

I tak na koniec, gdyby ktoś nie wiedział, kim był Wilhelm: