Niedawno jakoś to było, kiedy pomiędzy jednym sapnięciem a drugim, odciskałam sobie lewą dłoń na policzku, a prawą leniwie klikałam i kręciłam świecącą na niebiesko rolką. Przedzierałam się przez tony niepotrzebnych nikomu tekstów i mój wzrok trafił na termin downshifting. Wychowanie w demokratycznej Polsce sprawiło, że łasa jestem na nowe, angielskobrzmiące terminy. Przystałam na chwilę, poczytałam i doznałam olśnienia. Ojezusmarija, nie tylko ja na to choruję! A w zasadzie to chciałabym chorować.

Żyjemy w kraju rozwijającym się albo prawie-już-rozwiniętym. Oba terminy są poprawne, mimo znaczących jeszcze różnic pomiędzy naszym grajdołkiem, a taką Norwegią na przykład. Ale skąd znamy taki widok – uczelnia, kredyt studencki wiszący u dupy, magister, praca, praca, 1500 złotych, praca, pieniądze, samochód, hipoteka na sto lat, praca, może jakieś dziecko po drodze, na które i tak nie będzie czasu, bo praca, kredyt, kup teraz, zapłać później. W końcu zarabiam coraz więcej, mam 40 metrów kwadratowych w bloku na jakimś ludzkim mrowisku. Szybciej, szybciej, kolejny kredyt, pieniądze, key account manager, PR manager, head hunter, tydzień wolnego w Sharm el-Sheikh. Ej, chwila.

Po co to wszystko? Życie przecieka między palcami, jeszcze przed sekundą miało się w wieku dwójkę z przodu, teraz wszystko zbliża się nieubłaganie do czwórki. Znajomi się gdzieś rozpierzchli, gdyby nie Facebook, to można pomyśleć, że wszyscy poumierali. Omójborze, gratulacje! Jako PR specialist pragnę poinformować, że uczestniczysz w wyścigu szczurów! Brawa, aplauz! Masz duże szanse, żeby wygrać ten wyścig! W nagrodę nadal pozostaniesz szczurem!

Być może też tak będzie ze mną. Być może downshifting jest kolejnym trendem, sztucznie wykreowanym przez jakieś tęgie głowy od marketingu, w jakiejś sterylnej sali konferencyjnej, a ja połykam to jak durny pelikan. Jak taka antykariera niby miałaby wyglądać? Na zrezygnowaniu z szybkiej, często dwuetatowej pracy, dzięki której jest się spłacić swoje miliony kredytów, na pracę stateczniejszą, co za tym idzie gorzej płatną. Pracę, która jednak da więcej czasu na siedzenie na dachu z przyjaciółmi i doskonalenie własnych talentów. Mała miejscowość, rower, slow food i spędzanie czasu wbrew schematowi praca – czas wolny – spać – budzik – praca – itd.

Brzmi ślicznie, lekko i przyjemnie, jednak wiadomo, że każdy medal ma dwie strony i każde z nas zdaje sobie sprawę z tego jak wygląda dark side of the force. Być może jest to tylko ładna nazwa na nieróbstwo i wymyślanie sobie filozofii do ustawicznego siedzenia na tyłku. Nie sądzę. Stwierdzam, że choruję na downshifting. Ciekawe czy życie mnie z tego wyleczy i czy sama będę padać twarzą w poduszki po kilkunastu godzinach pracy.

Och, egzystencjalne rozterki.