Nie pisałam już prawie miesiąc! Powinnam założyć sobie jakiś rygorystyczny harmonogram, dzięki któremu będę utrzymywać swojego lenia pod ścisłym nadzorem. Zresztą i tak to nic nie da, jedynym ratunkiem dla mnie jest dwumetrowy, spocony poganiacz z batem. Wątpię, że ktoś tęsknił za mną i moją grafomanią, ale jeżeli znajdzie się taki desperat, to mówię – sesja mnie tak wyssała literacko, że mając nawet całkiem znośny temat, brzydziłam się przez kilka dni dotknąć klawiatury. Matko jedyna, wykręcam się sesją, jeszcze ludzie sobie pomyślą, że słucham Comy i bawią mnie demotywatory. Pfe!

Trochę wstyd się przyznać do tego, że nie poznało się niczego oprócz Mejdenów i Motörgłowy. Tak jak przeczuwałam, nie trafiliśmy na Killing Joke i Devina, ale czego się nie robi dla zdrowia i urody, moi panowie musieli idealne kreski na powiekach namalować, wałki z włosów pozdejmować i takie tam inne męskie rzeczy porobić. Wpełzliśmy pod scenę gdzieś w połowie Volbeat. Ileż ja komentarzy się naczytałam na ich temat! Pedały, więcej deathu, grać nie umiejo, pozery i cipy. Mam nadzieję, że tym, którzy to pisali jest bardzo, ale to bardzo głupio. Ja nie znając żadnego kawałku wybawiłam się jak ta lala. Zarzucić im to można, że zrzynają z Misfitsów, ale jest taka złota zasada – jak małpujemy jakąś kapelę, to musi być to dobra kapela. Volbeat robi to elegancko, dlatego zasługują na miano godnych następców zespołu, w którym onegdaj grał Glenn Danzig. Połączenie ich spontaniczności scenicznej i lekkich inspiracji kiczem hair metalu, może sprawić, że Volbeaty zdołają wyrosnąć na całkiem sporą gwiazdę. Panowie, nawet po odbębnieniu połowy koncertu, obiecuję, że jak będę przy keszu, to kupię waszą płytę. No chyba, że przez pierwszą połowę graliście kowery Comy i happysadu. Jeżeli tak, to bardzo mi przykro – 1/10!

Mimo tego, że krytycy pieją nad Mastodonem i nazywają ich nadzieją dla muzyki metalowej, która, co jak co, lata świetności ma już za sobą, nie skupiałam się również za bardzo nad ich kunsztem, kiedy łomotali z głośników. Ale o tym za chwilę. Ich wizerunek mocno kontrastował pomiędzy wyglądem przeciętnego metalowca z publiki. Dżinsowe rurki, koszule i hipsterskie włosy. Naprawdę się zdziwiłam, bo bardzo, ale to baaaaaardzo rzadko widzę metalowca, który potrafi się dobrze ubrać. Ten rudy, co stał po prawej stronie, mógłby ze swoją stylówą aplikować do Eagles of Death Metal. Ale mniejsza z tym, już widzę jak niektórym żyłka pierdząca pęka podczas czytania tych zdań. I chuj mnie to obchodzi, jestem babą, a chłopaki z Mastodona są zajebiści. Ciekawe czy mają jakieś grouppies? Yyy, no dobra, już, już, muzyka! Gdzieś mowa była o tym, że Mastodon (niczym właśnie Volbeat i Misfits) to następcy Metalliki. Oj, niezupełnie. Ich muzyka jest trochę zbyt popierdolona jak na tak szeroki odbiór i komercyjny sukces z jakim spotkała się Meta. Grają ciężko, solidnie z częstymi zmianami w rytmice, a przeciętny zjadacz chleba, który zna aż Unforgiven raczej by tego nie przełknął. Co innego, gdyby nazwano ich następcami Slayera – z tym bym się zgodziła. Jednak Mastodon wypracował już sobie swoje oryginalne i całkiem świeże brzmienie, które pozwala ich szybko odróżnić od całej maści metalowych kapelek, które grają tak samo jak grało się przed trzydziestoma laty. Jedynym zarzutem był średni kontakt z publiką ze strony zespołu, jedynie wokalista coś próbował zainicjować. Ale rozumiem, że często wewnętrzny poziom showmana jest odwrotnie proporcjonalny do obserwujących ludzi, a sama ich muzyka nie pozwala za bardzo na umizgi wobec publiki. No, także tego. Świetny koncert. Bardzo przystojny.

Ö, teraz przyszedł czas na jedyne w swoim rödzaju zjawiskö w całym uniwersum, dla któregö przyjechała część brudziarskiej publicznöści. Człöwiek, któregö böi się sama śmierć, człöwiek, który jest öjcem chrzestnym, wróć, cö ja gadam! Bögiem i źródłem wszelkiej inspiracji röckandröllöwegö grania i stylu życia. Lemmy Kilminster! Köncert Motörhead da się öpisać w kilku słöwach – weszli, rözpierölili i pöszli. Ich köncert był jak zrzucenie bömby na Hiröszimę i Nagasaki – szybkö, pöwalającö i bardzö głöśnö. A ci cö przeżyli mają öd wczöraj trwały ślad na psychice. Jest cöś niesamöwitegö w wizerunku Motörhead. Stary piernik wychödzi na scenę w köwböjkach, przykleja pötylicę dö karku, żeby móc wydać dźwięk dö wysökö zawieszönegö mikröfönu. Na dödatek małö się rusza, a jak już cöś mówi tö pöwinny się na telebimach pökazywać napisy, bö nikt gö nie möże zrözumieć. Nawet z zaawansöwanym angielskim. Nie byłö żadnegö miejsca na öddech, przez cö tröchę smutnö mi z pöwödu tegö, że nie zagrali Whorehouse blues. Ale cö mi tam pö balladach, kiedy jak walec rözjechałö mnie Stay Clean, Overkill nö i Ace of Spades. Swöją drögą, ciekawe jak tö jest mieć Jacka Daniel’sa zamiast krwi w örganizmie. Również chciałabym złöżyć wyrazy wiekuistegö szacunku dla Micky’ego Dee za tę sölówkę na perkusji.

I przyszedł czas na gwiazdę wieczoru! Cieszę się, bo już pod koniec powyższego akapitu wkurwiał mnie ten umlaut. Motörhead zawiesił poprzeczkę Maidenom bardzo wysoko. Czy zdołali przeskoczyć? Zdania są podzielone, zwykle granica przebiega dokładnie tam gdzie linia oddzielająca fanów kapel – ja jestem po środku i mówię – Iron Maiden było lepsze. Tak jak napisałam, Motorowa głowa rozjechała publiczność swoim kapitalnym koncertem, ale to Maideni rozkurwili kosmos. Odczuwam dysonans poznawczy, bo IM usilnie się pcha na podium w mojej klasyfikacji zatytułowanej „Najlepszy koncert ever”. To co ci faceci odpierdalają na scenie, przechodzi ludzkie pojęcie. W przeciwieństwie do innych kapel, gdzie nierzadko członkowie mają tremę, albo występuje jedna osobowość, tu o palmę pierwszeństwa walczyło aż trzech członków zespołu – Dickinson, Harris i Gers. Dzięki temu, że w jednym projekcie spotkało się aż trzech showmanów, nie zwracałam uwagi na to, ze scenografia była koszmarnie brzydka. Zresztą, dizajn Ajronów nigdy nie był najwyższych lotów, Eddie i oprawy graficzne albumów trącają szmirowatym kiczem, ale ta stylistyka przez tyle lat tak już „wsiąknęła” w ludzi i natrzepała na nich tyle grubych milionów, że gdyby ją zmieniono, to kilka osób z pewnością popełniłoby samobójstwo. A muzyka? Jasna cholera, zagrali moje absolutne numery jeden, na 2 Minutes to Midnight i Dance of Death tak darłam japę, że moje gardło ma fakturę papieru ściernego.

Wydaje mi się, że wszelkie te zdania i wynurzenia są tak beznadziejnie banalne w stosunku do tego, co wczoraj przeżyłam na Bemowie. Czuję się taka uboga w słownictwo i mam trudności ze skleceniem poprawnego stylistycznie zdania, które oddałoby chociaż 0,001% koncertu Maidenów. Chciałabym napisać po prostu, że było zajebiście, ale w tym wieku nie wypada mi pisać takich lakonicznych kretynizmów. JA PIERDOLĘ, KOCHAM AJRON MEJDEN. No dobra, Lemmiego troszkę też.

PS: Chłopacy, sorry, że Wam marudziłam wczoraj. Macie nauczkę – trzeba było nie brać baby na koncert, mwahahaha!

PPS: Aha i niech tylko ktoś spróbuje bez pytania wziąć zdjęcie, to łapska upierdolę. Gdy się ładnie zapytamy wpierw, to podeślę w dużej rozdzielczości.