Mam na imię Ania, mam 22 lata i jestem uzależniona od Facebook’a. Jest źle, ale bywało gorzej. Miałam farmę, sadziłam wirtualne ziemniaki i doiłam pikselowe krowy, miałam nawet zwierzaka, była to żółta świnia. Urządziłam jej różowy pokoik. Wywaliłam wszystko w cholerę, poza kontem, które, czasem mi się wydaje, jest silniejsze i fajniejsze ode mnie. Ale inni mają gorzej. Nie używam w mowie codziennej terminologii fejsbukowej, przynajmniej się staram. Ale tak, jestem uzależniona od wirtualnych ludzi.

Film The Social Network jest najnowszym dzieckiem Davida Finchera, reżysera takich klasyków jak Fight Club i Siedem. Opowiada o tym, jak powstało źródło mojego uzależnienia i paruset milionów ludzi na świecie. O tym jak powstała największa na świecie platforma społecznościowa i że nie było to genialnym pomysłem bohatera, ani tym bardziej początki nie były prowadzone z uśmiechem na ustach i trzymaniem się za ręce.

Mark Zuckerberg. Założyciel, pomysłodawca, geniusz, najmłodszy na świecie miliarder. Czy może złodziej, impertynent i obłudnik? Zuckerberg jest w filmie przedstawiony za pomocą tej drugiej palety, jako kompletny burak, drań i złodziej własności intelektualnej. Cholernie inteligentny drań, co od razu widać w jego gadce, która czasem jest chamska, a czasem w niej po prostu nie można się połapać. Jeżeli chodzi o wygląd zewnętrzny… wskażcie mi jednego przystojnego i w miarę normalnego informatyka to stawiam pół litra. Nie dość, że brzydki (chociaż odtwórca jest o niebo ładniejszy od pierwowzoru), to jeszcze po uniwersyteckim kampusie biega w klapkach i skarpetkach. Zimą też. Został tutaj nakreślony idealny stereotyp informatyka – chudy, garbaty od siedzenia 20 godzin dziennie przed komputerem, zarozumiały i bez dziewczyny. Można więc uznać, że pierwszą chęcią założenia hitowego portalu społecznościowego była chęć zaistnienia, bycia popularnym oraz pokazania pewnej pannie, że źle zrobiła dając mu sromotnego kosza.

Inni bohaterowie są również skutecznie nakreśleni. Jest ten zły i ten dobry acz biedny. Ten drugi to Eduardo Saverina, który był współzałożycielem Facebooka, wyłożył pierwsze pieniądze na rozkręcenie strony. Dlaczego biedny? Wardo został po prostu… wyruchany z interesu, a proces z Zuckerbergiem był jedną z osi filmu. Zły. Tutaj miłe zaskoczenie. Seana Parkera, założyciela Napstera zagrał Justin Timberlake. Po gwieździe popu nie spodziewałabym się, że tak dobrze nakreśli postać hedonistycznego wichrzyciela, który owszem rozwinie jeszcze bardziej serwis, ale wciągnie bohatera w burżujskie i nieetyczne zachowania wobec przyjaciół.

I właśnie, Facebook, Facebook, Facebook. Nie, to nie jest film o Facebook’u. Logo widać kilka razy (na kubku i wykładzinie między innymi), na ekranie monitora jeżeli coś jest, to widać tylko to, w co mają wgląd informatycy, czyli czarne tło i zielone cyferki. Matrix taki. Facebook to drugi plan, na którym rozgrywa się odwieczny problem – czyli co ludzie są w stanie zrobić, kiedy pojawia się sława i pieniądze.

Muzyka. Jestem przyzwyczajona do klasyki w filmie, czyli pełnego składu orkiestry, która powoduje, że włosy stają dęba. Niestety ostatnio nie widziałam żadnego filmu z dobrą muzyką, zdarzały się takie, które w momentach rozpaczy bohaterów, muzyka powodowała chęć parsknięcia śmiechem, bo słychać było jakieś tiruriru. Tutaj muzykę robił jeden z moich muzycznych idoli – Trent Reznor. Staram się być jak najbardziej obiektywna, ale co tu dużo mówić – muzyka była zajebista. Mimo, że rzadko ma się do czynienia z soundtrackiem, który cały wyszedł nie z filharmonii tylko z komputera.

I jeszcze jedno – zdjęcia. Był jeden moment w filmie co można było uznać za… przepraszam za wyrażenie – masturbację operatora. Wątek nic nie wnosił do filmu, ale przy kowerze reznorowym W grocie Króla Gór, sprawił, że żuchwa mi opadła i aparat z zębów odleciał. Był to moment uczelnianych wyścigów wioślarskich. Do tej pory się zastanawiam jak umieszczono na kajaku kamerę i jak robiono takie ujęcia! Niesamowite.

Żeby nie było tak słodko, film ma również swoje wady. Po piskach, ochach, achach i rodiowej recenzji na film.org.pl, oczekiwałam czegoś co powali mnie na kolana. Oczekiwałam kunsztu na miarę Siedem, gdzie po obejrzeniu, przez tydzień nie mogłam dojść do siebie. Film na kolana nie rzuca. Może jestem mało bystra, jestem w końcu blondynką, ale przez pierwszą połowę nie mogłam ogarnąć akcji, która zdecydowanie była za szybka. Tu proces, tu kampus, tu drugi proces, tu pierwszy proces, tu wykład, a tu znowu proces. Nie rozumiałam też terminologii informatycznej (moment z przyjmowaniem informatyków do Facebook’a) – Jak coś tam coś tam to walą lufę, a jak serwer padnie i coś tam coś tam to walą lufę, jak ich nakryją i coś tam to walą lufę - wypowiadał to główny bohater swoim gorzkim tonem z prędkością słów równą nabojom wystrzeliwanym przez kałasznikowa. Mało argumentów? Reżyser nawet nie zostawił pola do interpretacji czy własnej oceny bohatera. Zuckerberg został przedstawiony tak samo jak napis, który widniał na kartce, którą mu przekazano na wykładzie. Kutas.

7/10.

I owszem, najlepszy film tego roku. Ale jeszcze nie widziałam Incepcji!