Fez dla Marokańczyków jest jak Kraków dla Polaków. Będąc na wycieczce w Polsce i nie odwiedzić Krakowa to tak jak być w Rzymie i nie zobaczyć Papieża, być w Egipcie i nie widzieć piramid i być w Maroku i… nie zwiedzić Fezu. Szkoda, że to miasto nie jest tak słynne jak hippisowska Mekka – Marrakesz, czy romantyczna Casablanca. Fez naprawdę nie ma sobie równych.

Do Fezu trafiliśmy akurat na najważniejsze muzułmańskie święto – Id al-Adha, czyli Święto Ofiarowania. Upamiętnia ono ofiarę Abrahama i jego posłuszeństwo wobec Allaha (Boga czy Jahwe – jedno i to samo), który według Koranu miał złożyć w ofierze swojego syna, Ismaela (w Starym Testamencie był to Izaak). Każdy wie jak sytuacja się skończyła, Abraham zatrzymany przez anioła syna nie zabił, tylko poderżnął gardło baranowi, którego znalazł w pobliżu. Tak o to w świecie islamskim, każda głowa rodziny rano podrzyna gardło owcy, krowie, wielbłądowi bądź najczęściej właśnie baranowi. Być może dla nas, Europejczyków, wydawać się to może barbarzyńskie i niehumanitarne, jednak u nas do tej pory ubija się wieprzka na wesele i ileż to tysięcy karpi dostaje młotkiem po głowie na Święta Bożego Narodzenia? A schabowy z talerza bynajmniej piórkiem zabity nie został. U nich wcale to nie wygląda jak szamański rytuał, ba! Święto to, podobnie jak u nas Gwiazdka, zostało wciągnięte w całą machinę komercji. Reklamy z billboardów krzyczały „Co dwudziesty klient naszego sklepu dostanie barana!”, „Kup mikrofalówkę, baran jest Twój!” i tego typu inne slogany. Marokańczycy przed samymi świętami latali jak wścieknięci po sklepach i wyjeżdżali z pełnymi wózkami. Szczególnie zabawne były obrazki, gdzie do nowiutkiego Citroena facet próbował wepchnąć barana na tylne siedzenia, albo widok pick upa, gdzie w kabinie siedział ojciec z synem, a w skrzyni ładunkowej barany, a pomiędzy nimi… baba. Nigdy w życiu nie widziałam u żadnej kobiety tak ogromnego focha jak u niej, przysięgam. Ale no, baba z wozu koniom lżej. A baranom ciaśniej. Baran taki już po egzekucji jest specjalnie przyrządzany. Odcina się mu głowę i racice, wyjmuje wnętrzności i cały korpus zawiesza  na jakieś 24 godziny, tak aby cała krew spłynęła, a mięso skruszało. Od głowy często odcina się rogi, a następnie wraz z racicami pali się ją na zewnątrz. Mięso jest potem porcjowane, 1/3 daje się najuboższym, 1/3 krewnym, a resztę spożywa się z najbliższą rodziną.

W samym Fezie oczywiście trzeba zobaczyć medynę, która pomimo posiadania statusu slumsów, jest kolebką kultury arabskiej. To właśnie w Fezie powstał pierwszy na świecie uniwersytet, w którym nauczano logiki, astronomii, filozofii, matematyki i medycyny. Będąc w medynie należy koniecznie wynająć przewodnika, bo często nierozważni turyści wchodzili tam na własną rękę i znajdywano ich często po tygodniu albo i dwóch. Przeżyli pewnie przygodę swojego życia, jednak często sami mieszkańcy się tam gubią i jest to bardzo łatwe do dokonania, bo uliczki tam są niemalże takie same i tworzą sieć labiryntów. Najgorzej mają kurierzy, którzy przyjechali z paczką z takiego Agadiru załóżmy. Nic tylko usiąść i się popłakać.

Przyznam się nieskromnie, że mając w Polsce dość przeciętną gębę, po przejściu promenadą w Fezie poczułam się jak Monica Bellucci w „Malenie”. Spoglądając się w stronę kawiarni, które nawet mimo świąt były otwarte i wypełnione po brzegi facetami, przyciągałam wszystkie spojrzenia. Moja egzotyka w postaci blond włosów, niebieskich oczu i bladej gęby powodowała nie tylko to, że taksówkarze mi machali, a chłopaki z okien samochodów chcieli powyskakiwać, ale to, że nawet dziewczyny (po uprzednim obgadaniu) się do mnie uśmiechały. Faceci nawet nie zwracali uwagi na to, że szłam z Moim za rękę, wystarczyło, aby zatrzymał się, żeby zawiązać sznurówki, to już jakiś się pytał czy jestem mężatką. Nie wiem po co Wam to piszę, ale muszę zaspokoić swoją babską próżność, zwłaszcza, że nigdy nie cieszyłam się jakimś wybitnym powodzeniem u naszych krajowych samców.

Fez przebija wszystkie inne miasta i chyba jest to najbardziej magiczne miejsce jakie w całym swoim życiu widziałam. Nie dziwię się panom z U2, którzy nagrali piosenkę „Fez – Being Born” na swoją najnowszą płytę i nakręcili w medynie teledysk do piosenki „Magnificient”. Zapraszam oczywiście do mojej skromnej galerii. Zdjęcia nie wyrażają egzotyki i piękna tego miejsca, dlatego każde z Was musi kiedyś odwiedzić Fez. Jak będziecie lecieć, to napiszcie do mnie, weźmiecie mnie w walizce. Specjalnie schudnę.

I na koniec teledysk!