Niestety amerykańskie seriale są przekleństwem dla takich młodych dam jak ja, które zamiast zająć się czymś pożytecznym dla świata lub czymś co by popchnęło ich karierę do przodu, siedzą na tyłkach, obrastają w przedwczesny cellulit i oglądają perypetie młodych, pięknych, zdolnych i bogatych. Dlatego pomiędzy jedną a drugą paczką czipsów postanowiłam sięgnąć po nowy serial. Nie składający się z tryliona sezonów, żebym się nie wciągnęła za bardzo i nie umarła z czołem w monitorze, oglądając kolejny odcinek, tylko taki najlepiej nowy, z góra dwoma sezonami. Dlatego idealnym rozwiązaniem wydawały się Suits.

Na pierwszy rzut oka na opis fabuły, zamieszczony na Filmweb, serial wydaje się być niesamowicie ciekawy. Młody, zdolny, ale leniwy (o, patrzcie to chyba serial o mnie) bohater, nie ukończył żadnych studiów. Czymś co go różni spośród innych obiboków jest to, że ma fotograficzną pamięć, co pozwala mu spamiętać cały kodeks cywilny w pół godziny. W bardzo głupi sposób dostaje pracę jako młodszy współpracownik jednego z najlepszych prawników w Nowym Jorku. Mike, jako uzależniony od marihuany bumelant, z dnia na dzień zaczyna robić w marmurowych wnętrzach szklanego biurowca. Musi kłamać, że ukończył prawo na Harvardzie i udowodnić, że się po prostu nadaje.

Irytujące są trochę te obrazki Nowego Jorku, urządzonych ze smakiem apartamentów i biur, które koniecznie mają widok na panoramę miasta i idealnie skrojonych garniturów, na idealnych facetach, którzy zarabiają miesięcznie tyle, ile ja zarobię przez 10 lat. Ale tutaj przemawia przeze mnie typowa, polska zawiść i po prostu przytłacza mnie myśl, że nigdy nie skorzystam z usług rozchwytywanego dekoratora wnętrz, oraz że nigdy nie będę miała swojej pary Louboutinów typu Pigalle. Dlatego nie będę zasypywać was nazwami, których i tak nie musicie znać, a jak poznacie, to krew Was zaleje na widok ceny. Mimo to co przed chwilą napisałam, te nowojorskie krajobrazy są pokazane ze smakiem i wprawiają w zazdrość, w przeciwieństwie do ukazanej Warszawki w polskich komediach romantycznych, które powodują jedynie zażenowanie.

Główny bohater po opisie zdaje się być prawniczym doktorem House’m, tylko że bez należytego wykształcenia. A ten fakt powinien nadawać jego postaci niesamowitej pikanterii. Niestety tak nie jest. Nie wiem czyja to wina, czy aktora czy scenariusza, ale osoba Mike’a Rossa jest kompletnie wyprana z osobowości. Amerykańskie seriale przyzwyczaiły nas do magnetyzujących i nieszablonowych głównych bohaterów, a Mike ma ciągle tą samą minę. Po macoszemu został potraktowany jego talent pamięci – zamiast co odcinek zwalać z nóg swoim geniuszem, podrzuca on parę liczb, jakiś cytat, zauważa coś w papierkach albo wykopuje jakiś precedens. Jest po prostu kolejnym garniturem, wciągniętym w machinę setek innych nic nie znaczących garniturów. A że czasem zdarza mu się zabłysnąć pomysłem nie świadczy o geniuszu, którym serial jest tak reklamowany.

Właśnie na jego tle dobrze rysuje się postać Harveya i chyba dzięki jedynie postaci Mike’a wypada tak dobrze. Harvey jest stereotypowym japiszonem, aż do wyrzygania. Nienaganna fryzura, szyty na miarę garnitur, siedzenie w pracy od 7 do 22 i brak jakiegokolwiek związku, chyba że związkiem możemy nazwać seks z kelnerką. Jednak ma większy zasób w mimice w przeciwieństwie do Rossa, rzuca czasem nieśmiesznymi dowcipami i jego postać wywołuje JAKIEŚ emocje. U mnie minimalne co prawda, ale przypuszczam, że wielu widzów Harvey może wkurwiać niemiłosiernie przez ten garniturek i drogi alkohol, i może być kochany za dokładnie to samo. Przypuszczam, że granica biegnie mniej więcej po tej samej linii co płeć.

O pomstę do nieba wołają bohaterki, które w tych swoich wysokich obcasach (wiem, zazdrosna jestem, nie stać mnie) rżną nie wiadomo jakie niezdobywalne. Mają na jakąkolwiek zaczepkę ten sam tekst („Myślisz, ze mnie poderwiesz? Nie uda ci się!”), po czym wywracają oczami i oddalają się postukując obca… Nieważne, są po prostu wszystkie takie same, bo w tym odcinku, albo w następnym tak czy siak rozkładają nogi. I nie chcę wyjść tutaj na jakąś katolicką dewotę, ale obejrzycie chociaż pierwszy odcinek, gdzie kelnerka ot tak sobie podchodzi do stolika, gdzie siedzi Harvey i następnie daje mu kosza. Oczywiście kosza w wyżej omówionym stylu. Która kelnerka podchodzi tak po prostu, żeby zagaić rozmowę Z DUPY (bez „Czy coś jeszcze podać?”) a potem chamsko się odezwać do klienta? Żadna, wszystkie zostały zwolnione. Płeć naszą niewinną ratuje tylko postać Jessicy Pearson. Stereotypowa, ale przynajmniej nie jest idiotką.

W Housie było tak, że mimo zasypywania mnie żargonem medycznym, nie czułam się jak kretynka. Tutaj przy niektórych dialogach robię minę do złej gry i pomimo pojawiania się mi nad głową pytajnika i wykrzyknika, nie wiem o co chodzi, bo w Suits nic nie jest wyjaśniane. Dlatego jestem zmuszona wystawić opinię, że jest to serial o amerykańskich yuppies dla amerykańskich yuppies, chyba że ktoś studiuje prawo, albo aspiruje do bycia polskim japi. No i jeszcze można po prostu obejrzeć z ciekawości Nowy Jork, wnętrza, szafę z winylami Harveya i tytułowe garnitury.