Kochane dzieci. Jakby któreś nie wiedziało, to na wstępie pragnę uświadomić. Mam 22 lata, w lipcu tego roku zdobyłam wykształcenie wyższe zawodowe (bakałarz) na kierunku gospodarka przestrzenna. I o tym chciałabym się wypowiedzieć w niniejszym poście. Może kiedyś trafi tu jakaś zabłąkana dusza w postaci pryszczatego maturzysty, który nie wie co w życiu robić i szuka interesującego kierunku dla siebie.

Dlatego właśnie, pryszczaty maturzysto, chciałabym się do Ciebie zwrócić w pierwszej osobie liczby pojedynczej. Też parę lat temu miałam identyczny problem z wyborem kierunku. Gospodarka przestrzenna to, z tego co widzę, hit ostatnich lat. Skusiło mnie kilka rzeczy. Zawsze lubiłam geografię, interesowałam się architekturą no i przede wszystkim, zjebałam maturę z polskiego, na której miałam bazować całe swoje papiery składane na uczelniach. Gospodarka przestrzenna była wyjściem awaryjnym na wypadek podwinięcia  się mojej kościstej nogi, a i wydawała się naprawdę ciekawą alternatywą, bo przecież każdy laik po usłyszeniu nazwy stwierdzał, że to taki przyszłościowy kierunek, co nie?

Ale przed tym stwierdzeniem laicy zadawali mi jedno bardzo konkretne pytanie – Gospodarka przestrzenna? A co to w ogóle jest? Na pierwszym roku odpowiadałam – Jeszcze nie wiem, na razie mam ogólne przedmioty i mam nadzieję, że się dowiem niedługo! Dowiedzieć się za bardzo nie dowiedziałam, bo szczerze mówiąc definicja jest tak rozlana i rozmyta, że ja naprawdę nie wiem, czym ma się zajmować człowiek po gospodarce przestrzennej. Odpowiedzieć można, że może pracować w urzędach gminy i ustalać Miejscowe Plany Zagospodarowania Przestrzennego i Studia Uwarunkowań. Dwa ale. Praca urzędnika nie jest zachęcającą wizją dla młodego człowieka pełnego pomysłów a i w wydziałach zagospodarowania przestrzennego w wyżej wymienionych urzędach pracują ludzie… po architekturze. Nie po żadnej gospodarce. A architektury na tym kierunku jak kot napłakał.

Można mi zarzucić to, że studiowałam na UŁ i nie znam programu nauczania na innych uniwerkach. Niby racja, ale spotykając pewnego dnia moją koleżankę z klasy, która skończyła GP na UJ, doszłyśmy do jednego wniosku – że ani ja po Łódzkim, ani ona po Jagiellońskim nie wiemy co mamy ze sobą zrobić, bo żadnej, konkretnej wiedzy, która by się do czegokolwiek przydała, to nie wyniosłyśmy. Obie po licencjacie zaczęłyśmy coś zupełnie nowego. Tu znowu można nam zarzucić, że nieuki jesteśmy, no dobra, ja owszem, ale Kaśka zawsze się dobrze uczyła.

Gospodarka przestrzenna to taki przebój jak dziesięć lat temu marketing i zarządzanie. Kończąc studia, z ciekawości zajrzałam na listę przyjętych na pierwszy rok. Z wrażenia padłam na bruk i nakryłam się kopytami, bo przyjęto… 602 osoby. Więc widzicie, ja po kilku poprawkach skończyłam ten kierunek, więc ta konkurencja pewnie w 90% też to zrobi.

Co tu jeszcze kadzić, nie polecam tego kierunku, ja przekiblowałam trzy lata swojego życia i nie uczyniłam żadnego postępu w samorozwoju. Ale są i plusy – zawsze można uderzyć w specjalizacji w nieruchomości, ja tak zrobiłam, ale niestety wymiękłam przy wycenie. A jeżeli masz duże pokłady samozaparcia i chęć do nauki, wycena nieruchomości to jedyny dobry zawód po tym (z resztą, rzeczoznawcą też można zostać po ekonomii i architekturze oczywiście). Ale to trzeba być naprawdę upartym, żeby do tego dojść.

Albo możesz zrobić tak jak i ja, gospodarkę zostawić sobie na wyjście awaryjne w przypadku zawalenia matury z czegoś tam i dopiero na magisterskich pójść na coś, co naprawdę Cię kręci. Ja tak zrobiłam i jestem piekielnie zadowolona. No, chociaż zobaczymy przy sesji. I przy szukaniu roboty.