Pewnego marcowego popołudnia, stercząc na przystanku tramwajowym na skrzyżowaniu ulicy Struga i Kościuszki, zauważyłam, że nie ma billboardu z Patrycją Kazadi, reklamującą centrum handlowe Tulipan. Na jej miejscu pojawił się… Boromir z Władcy Pierścieni. Jak to, przecież Boromira zatłukło Uruk-hai! A jednak żył i siedział cały czas pod napisem Gra o Tron. Tak z ciekawości obejrzeliśmy jeden odcinek i to był bardzo duży błąd. Przyssało nas.

Serial od samego wstępu kładzie widza na łopatki za sprawą intra, które (nie sądziłam, że ludzkość kiedyś wymyśli jeszcze coś takiego) jest lepsze niż otwarcie Z Archiwum X i lepsze nawet od Twin Peaks. Wiem, że te słowa moga się wydawać bluźnierstwem dla wielbicieli serialowych klasyków, ale pomysł na przedstawienie mapy fikcyjnego świata z podróżującym po nieboskłonie słońcem jest rewelacyjny i zniewalający, zwłaszcza gdy się porówna go do otwarcia innego serialowego hitu, czyli Doktora House’a.

Twórcy serialu nie cackają się z zawoalowanymi scenami, dlatego ekranizacji przyświeca myśl, że im więcej cycków i krwi, tym lepiej serial się sprzeda. Możemy znaleźć tu niemalże wszystko – bryzgającą na twarz krew, wyprute flaki, seks od tyłu, związki kazirodcze i homoseksualne. Podobno to normalne w serialach wychodzących spod skrzydeł HBO, tyle samo zakazanych treści było podobnież w Rzymie, a jeszcze więcej jest w Rodzinie Borgiów. Jednak sceny drastyczne (tak, drastyczny czasem jest wcześniej wspomniany seks) nie są elementem obrzydzającym, tylko jeszcze bardziej przykuwają uwagę widza. Najlepszym punktem serialu jest niewątpliwie scenografia. To właśnie sprawiło, że siedziałam niemalże z czołem przyklejonym do monitora. Wszystko jest prawie że na takim samym poziomie jak we Władcy Pierścieni Jacksona – stroje, fryzury, architektura, aranżacje wnętrz. Nawet to co i w jaki sposób stoi na stole wydaje się przemyślane przez naprawdę łebską osobę.

Pochwalić muszę aktora, który wcielił się w postać, którą bym najchętniej wzięła, strzaskała po pysku, wydłubała oczka i wybiła zęby po same ósemki. Mianowicie chodzi mi o chłopaka, który gra Joffrey’a. Jest tak genialny w kreacji irytującego i rozwydrzonego dzieciaka, że podobno autor sagi mu powiedział, że zagrał tak wspaniale, że każdy go teraz nienawidzi. Moim ulubionym bohaterem jest natomiast (tym zdaniem pozdrawiam moją polonistkę z ogólniaka) Tyrion Lannister, karzeł, który jest tak intrygującą postacią, że nie jesteśmy w stanie stwierdzić, po której stronie stoi, czy stronie swojej rodziny czy jednak jest ponad to i chędoży wszystko, tak jak to ma w zwyczaju robić. Oszalałam na punkcie postaci Daenerys. Jest tak śliczna, że pragnę dla niej zmienić orientację, ożenić się z nią i mieć dzieci. Jej postać ewoluuje od zahukanego dziewczyniątka do kobiety, która posiadła moc pozwalającą jej do zatrzęsienia całym Królestwem.

Jednak pośród tych moich zachwytów i peanów, znalazło się coś do czego muszę się doczepić. Przez pierwszych kilka odcinków trudno mi było się połapać w nagromadzeniu bohaterów, ich nazwiskach, przydomkach i funkcjach. Czasami sprawiało to wrażenie ekranizacji książki telefonicznej. Niektóre wątki aż prosiły się o dłuższą wzmiankę. Dwanaście odcinków w jednym sezonie, to trochę za mało i wszystkie fragmenty fabuły sprawiały wrażenie „pościskanych”. Dziwne jest również to, że zainteresowała mnie bardziej akcja poboczna (Daenerys czy Jon Snow), niż główna oś serialu, czyli Ned Stark i jego perypetie (haha, jakie to urocze słowo) podczas sprawowania urzędu Namiestnika Króla. Doczepić się też można za brak scen batalistycznych, ale przypuszczam, że zaplanowaną część budżetu na bitwę z Lannisterami pożarła gaża dla Sean’a Bean’a. No, plusem będzie to, że w następnych sezonach nie spotkamy się już z… finansochłonnymi bohaterami.

Obawiam się, że zdążę przeczytać całą sagę zanim HBO wypuści kolejny sezon, który zaplanowany jest na… jesień 2012. Będąc obecnie na 217 stronie mówię, że nie spotkałam się jeszcze z tak wierną ekranizacją książki. Kto jeszcze nie oglądał Gry o Tron, to niech natychmiast odpala torrent i popatrzy jak w światowym stylu robi się seriale fantasy. Szkoda, że my musimy oblizywać się jedynie na widok czegoś takiego, mając w pamięci ekranizację Wiedźmina. Dlatego szybko kręćcie drugi sezon, bo już mi czegoś brakuje.

I na koniec, wcześniej wspomniane intro, które bije na głowę całą polską kinematografię po ’89 roku: