Tak mówiła moja świętej pamięci babka, gdy wchodziła na tematy polityczne i przestrzegała jednocześnie, żebym trzymała się od wszelkiego dziadostwa z daleka. 20 września oficjalnie przyjęłam Grandę w pielesze mojej sypialni. O tym, że Brodka wydaje trzeci album dowiedziałam się zaraz po premierze. Dziwne, bo niby piosenkarka pop powinna być lansowana i rozwrzeszczana na wszystkie możliwe strony, niczym Marina Łuczenko. Nie powinnam tutaj Mariny w ogóle przywoływać, bo jedynym podobieństwem między nią i Moniką jest to, że obie mają fajne ciuchy. Jednak warto nacechować to, co jest popem dobrym, a co jest popem złym.

Nie lubię słowa eklektyczny. Kojarzy mi się z bezgustną architekturą, ale muszę ten przymiotnik wykorzystać jako pochwałę. Monika rewelacyjnie połączyła elektronikę z folkiem. Nie jakimś tam nudnym, hipsterskim folkiem, tylko takim polskim. Góralskim. Dziwne, co nie? Dziewczyna pokazuje jak możemy czerpać garściami z naszej kultury a nie z klapkami na oczach kopiować zachodnie wzorce. I znalazła złoty środek, żeby jednak nie było zbyt przaśnie.

Na samym początku byłam przekonana o tym, że przesłucham album Nosowskiej w wersji Brodkowej. Trochę to prawda, Monika ma teksty kobiece i można jej zarzucić, ze zżyna z Kaśki, jednak jak już zżynać, to tylko z niej, bo Nosowska to dobra tekściarka. Całe szczęście Brodka ominęła infantylizm gimnazjalnych idolek i grafomanie bóstwa z Olimpu studenckiego, Piotra Roguckiego i podała coś co niesie fajny przekaz w niebanalnej formie.

Bogu dzięki, że poszła ona do tego Idola i go wygrała. Jedna perełka na scenie pop, która nie serwuje zhomogenizowanej papki i pokazuje, że pop wcale nie równa się kał. Granda to dobry kandydat do płyty roku. Mimo to, ze zerżnęła perkusję do Pięciu Smaków ze Star Guitar The Chemical Brothers.

Giń, Marino Łuczenko!