Czyli grzeszne przyjemności. Każdy je ma, wiedząc doskonale, że naraża się swoim zachowaniem na ostracyzm ze strony najbliższych i społeczeństwa. Po cichu łasuchy przemieszczają się po domu, zdejmują kapcie, żeby stłumić swoje 120 kilogramów na podłodze i dobierają się do zbunkrowanego ptasiego mleczka. Jedzą i zasilają swoje braki w cukrze, żeby przez następny dzień posilać się listkiem sałaty i mówić, że jest się eko wegetarianinem.

Odkąd człowiek zaczął się interesować muzyką pojawiło się pojęcie obciachu. Coś  kategorycznie nieakceptowane w danym kręgu, a słuchanie tego narażało osobnika na ośmieszenie. Dlatego było się zmuszonym albo do porzucenia danej kapeli w cholerę, albo… słuchania po kryjomu. Dotknęło to również mnie i szczerze mówiąc, zwykle wybierałam bramkę numer trzy i słuchałam nadal, pyskując każdemu kto powiedział, że HIM jest chujowy. Może i jest, ale jest to jeden z artystów, którzy są w moim pudełku zatytułowanym guilty pleasures. Pudełko w którym zawsze znajdzie się coś, co spowoduje drwiący uśmieszek u kogoś. Zacznijmy wyciągać po kolei i wypisywać na tablicy dlaczego „nie powinno” się tego słuchać:

1. U2. Nieuznawane przez światek niezal, indie, hipsterów i wszystko co słucha tego czego nikt nie słucha i ubiera za ciasne spodnie. Nieuznawane przez światek metalowy, bo Bono to pedał, który ratuje afrykańskie dzieciątka. Aha i U2 to nie rock. W żadnym wypadku. To wredna uzurpacja.

2. Metallica. Nieuznawane przez pierwszy wymieniony światek, drugi z resztą też, ten bardziej ortodoksyjny z odłamem slejerowym. Hetfield śpiewa jak koza, Hammet bez kaczki by nic sensownego nie zagrał, o reszcie wstyd wspomnieć.

3. Björk. Nie słucha się jej bo nie umie śpiewać, jest stara i nienormalna.

4. IAMX. Bo to muzyka dla głupich panienek i pedałów.

5. Placebo. Jak wyżej.

6. Michael Bublé. Śpiewak dla niekochanych trzydziestolatek z kotem. Pewnie też jest pedałem.

7. Justin Timberlake. Pedał i laluś. Co z tego, że chodził z Britney Spears i tak jest pedałem!

8. Lady GaGa. Facet z obwisłymi cyckami. Leci w radiu.

Wymieniać by można było jeszcze długo, tak samo jak absurdalnie to argumentować. Przyznaję się bez bicia, słucham tego, lubię to i szanuję. No dobra, ostatnio Lady GaGa mi z kibla wyskakuje, ale jaką podjarę miałam na nią w listopadzie 2008, kiedy nikt o niej nie słyszał! Jednak gdyby każdy miał się śmiać, gdyby każdy bez winy miałby rzucać kamień w postaci wymienionych wyżej punktów, to byśmy nigdy w życiu ich nie doczekali. Śmiejący się metalowcy po kryjomu słuchają Katy Perry albo Lykke Li, a hiphopowiec czai się z Rage Against The Machine, tylko w zasadzie nie wiadomo po co. Po co ukrywać przed innymi coś, co i tak wszyscy robią? A jak nie mają guilty pleasure i żyją tylko z jednego gatunku muzycznego, to przypuszczam, że boją się, że dziewki wroga a nuż mu się spodobają, a wtedy straci swój wizerunek twardziela.

Bo po co zamykać się w jednym gatunku? To trochę tak jakby zjeść dziś na obiad schabowego. Jutro na śniadanie schabowego, na obiad schabowego, a pojutrze tak dla odmiany schabowego. Nie ograniczać się, dzieci kochane, życie jest za krótkie, żeby ciągle siedzieć w jednym bagienku, nawet jeśli lubicie jego smrodek. Wpadnijcie odwiedzić czasem inne mokradło, nie robiąc tego pod osłoną nocy i w skarpetkach, żeby nikt nie usłyszał.

Aha – żeby nie było. Nie słuchajcie polskiego reagge, Comy, happysadu, nowej Chylińskiej, ostatniego Coldplay i ogólnie Radia Zet i RMF. Bo rzucę bana na ip.