Notkę dedykuję Ewelinie.

Sytuacja, którą chciałabym przedstawić miała miejsce mniej więcej rok temu, w Łodzi. Miesiąc chyba luty, albo marzec jakiś, nie pamiętam, ważne, że mróz trzaskał niemiłosiernie. Wracałam z Moim z koncertu Baaby. Czekając na nocnik mój słaby wzrok skierował się ku ostrzyżonej na grzybka, ciemnowłosej panience. Stała plecami do mnie, ubrana była w oksfordzkie i nieprzystosowane do temperatury buciki, modne ciemnozielone rurki i czarny, zimowy trencz. Zza czerwonych uszu wyglądały grube oprawki okularów a’la Rayban Wayfarer. Stojąc później w autobusie, nie słuchałam zachwytów Mojego nad koncertem, udając skupienie i potakując nadal analizowałam wcześniej wymienione inwiduum. Była tak modna, że stała nawet w modnej pozycji, czyli palcami stóp zwróconymi do siebie. Coś mi w niej jednak nie pasowało, miała jakieś takie dziwne łydki i dziwnie duże barki. Myśląc, że po prostu jest brzydka i nieproporcjonalna, panna się odwróciła w moją stronę i…
- Okurwa, to facet.
Chłopak dostrzegł moją minę, mówiącą Moje gonady wytwarzają dziennie więcej testosteronu, niż Ty przez rok, modne opuścił głowę i modnie wbił wzrok w swoje modnie ustawione stopy.

Zawsze tak było, że członkowie danej subkultury identyfikowali się ze sobą poprzez ubiór. Przez to dawali również wyraz swojej niezależności, swoim przekonaniom, ale przede wszystkim ubiór oznaczał bunt. Bunt przeciwko wojnie w Wietnamie, bunt przeciwko klasie średniej, bunt przeciwko komunizmowi. W ostatnich latach możemy obserwować coś zgoła innego od punków czy metalowców. Dla każdego coś miłego, dla młodszego jest emo, dla starszego jest hipster.

Hipster, no właśnie, co to takiego. Spotkałam się z tym już w jakimś 2005 roku, tylko wtedy nazywałam to indie. Aby spotkać hipstera najlepiej trzeba się udać do dużego miasta, w takim wypizdówku jak mój Sieradz, trudno o taki okaz, widziałam może z trzech takich. Hipster jest chudy, nosi Wayfarery (bez szkieł!), obcisłe rurki, które często uwydatniają małe przyrodzenie, wyciągnięty kardigan i koszulkę z dekoltem w serek. Twardy hipster ma tatuaż na ogolonej klatce piersiowej z jakąś arcymądrą sentencją, pin-upowym serduszkiem albo czarnym konturem gwiazdki. Niestety tatuaże nadal nie zakrywają endokrynologicznego problemu niskiego poziomu testosteronu. Jeżeli już znajdzie się taki jeden, co ma tyle męskiego hormonu co ja, zapuszcza brodę. Włosy hipstera mają wyglądać tak jakby nigdy nie widziały fryzjera, ma być nieład, ale jednak zawsze z nienagannie podgolonymi boczkami.

Wszystkie hipsterki są niskie, albo średniego wzrostu. Nigdy nie mają powyżej 170 cm wzrostu. Samice ubierają się podobnie jak samce, w zasadzie to tak samo, tylko że dodatkowych zdobyczy odzieżowych szukają w działach dziecięcych, bo tam zawsze łatwiej o falbanki, drobne kwiatki, paski, koronki, podkolanówki, kolorowe rajstopki, wstążeczki i inne dziewczęce bzdury, na które pozwalają im ich gabaryty i poziom dojrzałości.

Hipsterzy i hipsterki uważają, że ich ubrania i wygląd są bardzo oryginalne i modne. Modne owszem, ale oryginalne ni cholery, bo większość hipsterów jest wykreowana przez H&M i dział TRF Zary. Biblią prawdziwego, alternatywnego, oryginalnego i jedynego w swoim rodzaju hipstera jest Lookbook. Jeżeli uważasz się za niego, szukasz swojej drogi, tam spotkasz miliony takich samych, „oryginalnych” ludzi jak ty.

Hipsterzy nie lubią komercji. Nie lubią U2, słuchają dziwnego i nudnego amerykańskiego folku, wszelkiej muzyki gitarowej, która powstała przy jak najniższych nakładach finansowych oraz elektroniki, nazywanej indietroniką (zwykle i tak się kończy na MGMT i Justice). Komercja i mainstream (słowo klucz, powtórz) to zło, którym hipster nie może się skalać, bo zbłaźni się w oczach innych hipsterów. Przecież prawdziwy hipster nie może powiedzieć, że lubi INXS, ale też nie może powiedzieć tego, że jest modny, bo modny już nie będzie. Zostanie wyklęty pomiędzy ironicznymi słowami, których ironię rozumie tylko wypowiadający kolega hipster.

Ale przecież każda subkultura miała swoje ciuchy, bunt i swoją parenetykę. Dziwne jest to, że hipsterzy mają tylko to pierwsze. Są subkulturą, która nic nie reprezentuje, nie ma w sobie gniewu a i buntować nie ma się przeciwko czemu. Brzydzą się konformizmem, taplając się komfortowo w swoim nonkonformizmie. Czy więc należy ich nazywać subkulturą? Uważając się za subkulturę wyższą, są masowi jak MacDonald’s i doskonale zdając sobie z tego sprawę, a udają, że nic nie wiedzą. Nie rozumiem hipsterów.

I jak odnaleźć własną oryginalność pośród mas ludzi i sieciówek – masówek? Jeszcze miej coś tym stylem do powiedzenia! Chyba wymyślę nową subkulturę.