Hobbit: Niezwykła podróżW ogóle zapomniałam Wam się przyznać, że byłam na Hobbicie. To znaczy nie, że zapomniałam, tylko nie chciało mi się od razu na drugi dzień pisać recenzji. Późno dosyć od premiery, ale wiecie doskonale, że jestem biedną blogerką, która korzysta z promocji wtorkowych z Multikina. Tak więc powiem jedno – najnowsze dziecko Petera Jacksona, w przeciwieństwie do poprzednich, dupy mi nie urwało.

Nie, nie było źle. Nastawiłam się bardziej na coś gorszego, bo nie wierzyłam w to jak można taką książeczkę rozbić na trzy części. Czytałam Hobbita jakieś dziesięć lat temu i szczerze mówiąc nie za bardzo pamiętałam co się w tam działo (dziękuję, Wikipedio). Dlatego akcja, której nie pamiętam  (upchnięta w książce rozmiarów pierwszej części Harry’ego Pottera) miała zostać zrobiona w trylogii, gdzie każdy „odcinek” ma trzy godziny? Nie, to nie mogło się udać.

Ale jednak, udało się. Historia przyprawiona szczyptą fantazji Jacksona i scenarzystów, to tu to tam podrasowana i upiększona. Był nawet Saruman (dziw, bo Christopher Lee pokłócił się z reżyserem o wycięcie sceny śmierci Sarumana) i Galadriela, która pojawiła się tam tylko i wyłącznie po to, żeby Hobbit nie był klasycznym „parówa party”, czy jak kto woli „filmowym balem pedała”. Tak więc do Cate Blanchett przypadła statuetka bycia jedyną kobitą, która pojawiła się w zmaskulinizowanym filmie.

Ale coś musiało się Sikorze jeszcze nie podobać, niech przestanie pieprzyć te swoje głodne, feministyczne kawałki, bo nudna się robi. Okej, okej, już, za chwilę. Hobbit jest zgrabnie opowiedziany, nie nudzi się nawet przez sekundę, a efekty specjalne są lepsze niż w tym zasranym Avatarze. Jednak trochę pompę miałam (i mam od dawna) z takiego patosu typowego dla literatury oraz filmów spod znaku fantasy. Chwała George’owi Martinowi, że zerwał z takimi stereotypowymi lśniącymi klatami głównych bohaterów dzierżących miecz, wielkimi cyckami czarodziejek, elfami i całym tym tatałajstwem. W Hobbicie było tego trochę, niestety. Gdy pojawiła się Galadriela, śmiech mnie ogarnął, bo stała taka wysoka, smukła, krucha elfka w łunie księżycowej, pośród wodospadów i odwróciła się ku Gandalfowi a temu na jej widok… lekko opadła żuchwa. Tak, ja już wiem co sobie pomyśleliście po tym wielokropku. Takich sytuacji było więcej, gałki oczne obróciły mi się o 360 stopni, gdy Thorin w spowolnionym tempie zszedł ze złamanej, płonącej sosny, aby stoczyć nierówną walkę ze swoim odwiecznym wrogiem. Rozumiem, że patos jest niemalże nieodłączną i fundamentalną cechą całego gatunku fantasy, ale no wiecie, ja zawsze się z tego śmieję. Gdy Thorin schodził z tego cholernego drzewa powinna jeszcze gdzieś w tle powiewać amerykańska flaga i przygrywać hymn ZSRR. Patetyczne katharsis.

Warto pójść na Hobbita. Jak macie dzieciaka gdzieś takiego, który chodzi do podstawówki, jak najbardziej możecie go zabrać, bo film jest zabawny, akcja jest wartka a charakteryzacja krasnoludów fenomenalna (kilku z nich z łóżka bym nie wyrzuciła). Jednak jak to historia dla dzieci i młodzieży – wychodzisz z kina i na drugi dzień nic z niej nie pamiętasz.