Rzadko zdarza się, że filmy mnie przerastają. Ostatnio miałam tak z „Nagim Lunchem” Cronenenberga i „Lucifer Rising”, gdzie z jednym i drugim miałam chwilę zastanawiania się nad tym „co autor miał na myśli”. Po chwili jednak krzyczałam wniebogłosy ”CO ZA GÓWNO!”. Oba filmy to przerost formy nad treścią i nikomu niepotrzebne pierdololo, które poprzez swoją formę ma być Buk wie jakim hoch wysublimowanym filmem. Jeśli kogoś to zabolało to przepraszam, ale nie każę jednocześnie zgadzać się z moją opinią.

Holy Motors jest właśnie takim wyjątkiem, który nieoczekiwanie bardzo mnie przerósł. Nie jestem w stanie wystawić jakiejkolwiek oceny na Filmwebie, bo po prostu nie potrafię. Ale na początek wypada przedstawić o czym w ogóle Holy Motors jest (chociaż to takie proste wcale też nie jest). Głównym bohaterem jest pan Oskar, który wsiada do swojej białej limuzyny i udaje się na „spotkania”. Nie są to spotkania biznesowe, o czym świadczyć by mógł jego garnitur, ochrona i dom, z którego wychodzi, tylko odgrywanie ról. Pan Oskar w każdym spotkaniu wciela się w różne postaci, które w sumie nie mają ze sobą powiązania ani konkretnego znaczenia.

Holy Motors to film w skrócie mówiąc pojebany. Pojebany jak sam skurwysyn i na dodatek niezrozumiały. Naturalnym jest to, że po czymś niezrozumiałym człowiek stara się racjonalnie to sobie wytłumaczyć, w końcu nie żyjemy w średniowieczu i od dziecka nas uczono aby do wszystkiego dorobić teorię. No i tutaj może być ten nieszczęsny pies pogrzebany, ale wybaczcie, zacznę najpierw od próby przedstawienia moich wyjaśnień.

Holy Motors to teatr przyszłości. Postmoderniści twierdzą, że wszystko już zostało w sztuce wymyślone, dlatego aktorzy w Holy Motors ze swoją sztuką wychodzą „w miasto”. Ich grą jest po prostu życie, które de facto nie jest ich życiem, tylko udawanką. Udawana jest rodzina, udawany jest seks, praca a nawet śmierć (scena gdy Oskar jest umierającym starcem – ostatnie tchnienie i nagle wstaje mówiąc „pardon” do opłakującej go „siostrzenicy”). Nie wiadomo, czy sceny z „prawdziwego życia” (spotkanie z Jean) też nie są kolejną udawanką wyreżyserowaną przez tajemniczą Agencję.

Holy Motors to terapia dla schizofreników. Albo raczej terapia mająca na celu maksymalne wyciągnięcie „korzyści” z tej choroby, albo stworzenie świata dla każdej „osobowości”, która drzemie w bohaterze. Wiem, słabe to tłumaczenie.

Holy Motors to alegoria współczesnego kina. Tutaj o tym można by pisać i pisać kilometrowe elaboraty, jednak nie podejmę się tego, skoro już ktoś to wcześniej za mnie zrobił. Ciekawą interpretację przedstawił użytkownik (którego nicku nie pomnę) na Filmwebie. Całkiem nieźle się ona klei i może rozjaśnić nieco mętlik, który pojawia się u wszystkich po obejrzeniu Holy Motors. Według tej interpretacji każda rola pana Oskara to stopnie wtajemniczenia w życiu aktora, który chce dążyć do jakiejś tam sławy i rozpoznawalności jednocześnie sprzedając swoją godność. Instrukcję obsługi zaprezentowała również Krytyka Polityczna, która w inny i niemalże rozbijającym na atomy sposób próbuje wyjaśnić film.

Nie wiem czy jest to dobra droga i czy na pewno zdejmowanie kolejnej warstwy, analizowaniu jej, a potem zabieranie się za kolejną jest odpowiednim kluczem. Napisałam wcześniej o „pogrzebaniu psa”, w kontekście usiłowania rozumienia wszystkiego. Może jednak trzeba porzucić przy tym swój racjonalizm, wyłączyć umysł i logikę ciągów przyczynowo skutkowych i chłonąć film. Może i tak jest, jednak taki klucz mnie nie zadowala.

Jest jeszcze jedna hipoteza, którą sama sobie wykminiłam i ku której się skłaniam. Jedyna interpretacja Holy Motors to zdanie reżysera, które brzmi „Chuj wam w dupy”. Na konferencji prasowej zapytany Carax o to co oznaczają wszystkie symbole w filmie, odpowiedział „A skąd mam do cholery wiedzieć?!”. Twierdził później, że puścił film dzieciom i one nie miały żadnych problemów ze zrozumieniem świętych motorów. Carax poprzez mnogość rzekomych metafor i symbolik, opakował ładnie pudełko w którym znajduje się nic. Po prostu nic. I wcale nie przypadkowo, tylko zamierzenie. Możliwe, że reżyser czyta recenzje krytyków, którzy nazywają Holy Motors przeintelektualizowaną wydmuszką, albo takich, którzy ochoczo rzucają przymiotniki z wykrzyknikami prosto z plakatów (oryginalny! ekscentryczny! jedyny w swoim rodzaju!). Możliwe, że Carax ma niesamowitą pompę z tego jak najlepsze nazwiska z prasy kulturalnej zachodzą w głowę o co w tym wszystkim chodzi i dochodzą do błędnych wniosków. Jeśli tak faktycznie jest, to może oznaczać to tylko jedno – postmodernizm nie żyje, bo zeżarł sam siebie. Wszystko zostało wymyślone, a nawet przerabianie, cięcie i sklejanie tego co było, w celu stworzenia czegoś nowego już… było. Wszystko już było i sztuka jest w martwym punkcie. A świadczyć o tym może odgryzienie palców asystentce fotografa i polizanie zakrawawionym językiem pachy Evy Mendes, zabicie samego siebie, robienie minety przez lateksowy strój podczas motion capture, małpia rodzina i limuzyny prowadzące egzystencjalne dysputy.

Skoro wszystko już było, to co teraz? Co stanie w centrum zainteresowania artystów, jak wszystko i nic już zostało przerobione na wszystkie możliwe sposoby? Moim zdaniem Holy Motors jest znakiem, że postmodernizm rósł, rósł, pękł a wszystkich znudzonych i zblazowanych widzów (pierwsze sceny HM!) podczas festiwali filmowych zalał wymiocinami, kwiatami i penisami. Co oni na to? Wstali i zaczęli bić brawo. Podczas kiedy reżyser się śmiał i w myślach wyzywał ich od debili. Jeśli tak było, to skończyła się pewna epoka. Powtórzę więc pytanie pierwsze z tego akapitu – skoro się skończyło, to co teraz?