Lukrowany rycerzyk i psychopatkaPrzychodzi taki czas, gdy jest się zajebanym robota i zaaferowanym nią, że nawet zapominasz, że masz coś takiego jak bloga i kuźnię literacką, która jest pełna pospolitych i pierwotnych maszyn, po których hulają wesoło pająki. Z obrzydzeniem i uzbrojona w miotłę muszę wygonić to dziadostwo i wpuścić tutaj trochę słońca i świeżego powietrza.

Moje przygody z serialami kończą się w większości przypadków na tym, że wywalam wszystko w cholerę po obejrzeniu trzech odcinków, bądź po kilku sezonach, gdy serial zaczyna zjadać własny ogon albo zaczyna przynudzać. W pierwszej kategorii znajduje się serial „W garniturach”, który po pięciu minutach już zaczął mnie irytować, cudem było to, że przeżyłam tortury trzech odcinków. Narazić się mogę kolejnym stwierdzeniem – w tej grupie znalazł się również kultowy „Dr Who”. Zaczęłam od pierwszego sezonu i poległam jak partyzant w krzakach na czwartym odcinku. Być może następne sezony są lepsze. Wierzę Wam na słowo, bo po prostu nie chce mi się zaczynać tej przygody o wątpliwej jakości od nowa. W drugiej grupie znalazły się seriale takie jak Mad Men, House i Lost, gdzie z tym ostatnim zerwałam z wielkim hukiem, a z poprzednimi z racji wyczerpania tematu.

Jest jeszcze trzecia grupa seriali, którymi się jaram i machając nerwowo nogą czekam i wypatruję nowego sezonu. Brawami w tej grupie chciałabym powitać Homeland. Tą notką również chciałabym zachęcić Was do obejrzenia go i niezwłocznego dopisania go do podobnej grupy, jeśli takie prowadzicie, a pewnie prowadzicie.

Zacznijmy od początku. Marines gdzieś w głębokim Iraku robią najazd na jakąś hawirę, w poszukiwaniu terrorystów. W piwnicy znajdują chudego, zarośniętego człowieczka, który twierdzi, że jest Amerykaninem. Jego słowa się potwierdzają, okazuje się, że facet zaginął osiem lat temu, gdy świeżo przyleciał do Afganistanu. Wraca w glori na ojczystą ziemię, w świetle fleszy macha do tłumu, ściska dłonie dygnitarzom, a media przedstawiają go jako „Amerykański chłopiec, który się przez osiem lat nie złamał”. Czyżby? Pewna agentka jest święcie przekonana, że lukrowany żołnierzyk przeszedł na ciemną stronę mocy, aby tylko ratować swoje życie. Wsiąknął tak bardzo w kulturę i religię, że na bank chce przygotować atak na Stany Zjednoczone. A gdy po powrocie otaczają go same osoby ze świecznika, ma ku temu idealną okazję. Agentka dostaje zielone światło do przeprowadzenia „śledztwa”, które lepiej nazwać „Okej, takaś mądra, znajdź na pana idealnego jakiegoś haka”.

Homeland to serial w którym prawie wszyscy bohaterzy zaczynają Cię irytować już od samego początku. Brody, lukrowany żołnierzyk, denerwuje swoją zbyt dużą pewnością siebie, jak na człowieka, który co dopiero wylazł z nory. Jego rodzina z wierzchu jest amerykańska do zerzygania – piękna żona, która robi zakupy, gotuje i woła dzieci na obiad, córka – zbuntowana nastolatka z wiecznie ściągniętymi brwiami i rozchylonymi ustami i syn, o którym nie jestem za bardzo w stanie nic powiedzieć, taki jest mdły. Jego obecnośc ogranicza się jedynie do wołania go na śniadanie, albo żeby pośpieszył się do szkoły. Albo jedno i drugie.

Agentka Carrie Mathison miewa głupie pomysły, jest gwałtowna i szurnięta. Olewa prawo i zwyczajowe zasady współżycia koleżeńskiego w pracy, a na dodatek popija winem tabletki, które wykluczają swoim działaniem z wielu zawodów. Ponadto nie mając wiele styczności ze służbami wywiadowczymi i kontrwywiadowczymi, można dojrzeć kilka durnych błędów, o których by się tak normalnie pomyślało (np. przykleić na gumę do żucia nadajnik GPS do podwozia), a które mają wpływ na przebieg wątków.

Widzicie jak u mnie recenzje wyglądają, nawet rewelacyjne filmy dostają po dupsku. Homeland jest serialem tak trzymającym w napięciu, że aż szkoda mi było mrugać powiekami, bo bym utraciła za dużo. Homeland, jako jeden z niewielu mainstreamowych ma jazzową oprawę muzyczną, gdzie już w czołówce możemy usłyszeć „Terminal 7″ Tomasza Stańki.

Czytam opinie, że przez tych irytujących bohaterów ludzie dawali sobie spokój z oglądaniem Homeland. Wy tego nie róbcie, kochane dzieci, bo się pogniewamy na siebie. Dajcie szansę i razem będziemy obgryzać paznokcie w oczekiwaniu na trzeci sezon.