W niektórych kręgach nie wypada słuchać Marii Peszek. Albo przynajmniej nie wypada obnosić się z tym, że Peszkowa nam się podoba, bo narażeni zostaniemy na śmieszność. Nigdy za bardzo się w takim środowisku obracałam, bo zbyt wiele mam takich kapel na koncie, których „nie wypada”, a przecież nie będę się zmuszać, żeby wszystko z Porcysa wtłoczyć sobie kroplówką w żyły, zescrobblować na Last.fm i pokazać, że jednak lubię niezal.

Nie, nie lubię niezalu (muzyka niezależna, skrót jak indie od independent), lubię wiele komercyjnych kurw, którym nie zwężają się źrenice od błysków fleszy. Artystycznych prostytutek, które nie tworzą ani jednej nuty w swoich nowych płytach i uczestniczą jedynie przy nagraniu, gdzie mają podetknięte wszystko przez producenta. Dlatego, będąc wierna swoim masowym ideałom, sięgnęłam po jej najnowsze dzieciątko Jezus.

Nigdy jakoś szczególnie nie ciągnęło mnie w jej stronę. Jej muzyki słuchało parę osób, których nie lubiłam, a bardzo często tak miałam, że gdy ktoś kto mnie irytował wałkował danego artystę we wszystkie strony, to swoje animozje automatycznie przenosiłam na muzykę. Pomimo tego i faktu, że widziałam niejedną kłótnię internetową nad Peszkówną, mój stosunek do niej był zupełnie obojętny. Jednak Maria wykreowała (specjalnie, czy nieświadomie) komercyjną machinę, która sprawiła, że jej album zaczął schodzić jak na pniu. Kilka wywiadów, które wsadziły szpilki w pupę największego, katolickiego Ajatollaha Terlikowskiego, który jeszcze bardziej popchnął promocję płyty do przodu. Maria powinna na złość redaktorowi Terlikowskiemu wysłać mu kwiaty w ramach podziękowań.

Lubię takie albumy jak Jezus. Kolorowe, jaskrawe, ze wszystkim na wierzchu. Nie miałam za dużego problemu żeby się do tej płyty odnieść i ustosunkować. Jezus to album pełen sprzeczności. Pełen świetnych i genialnych momentów jak i totalnie niepotrzebnych bzdur, które wzbudzają lekkie zażenowanie. Na niekorzyść Marii przemawia to, że do pierwszej grupy zalicza się muzyka, za którą wzięli się naprawdę fest producenci i muzycy. Słabe momenty to teksty i sposób śpiewania. Nie mówię tutaj o tematyce, tylko o samym postmodernistycznym przeroście formy nad treścią, gdzie treść sama się genialnie broni. Chęć tworzenia ładnych i czasem przesadzonych zdań stwarza momenty, które są niepotrzebne i do wywalenia. Na przykład fragment:

Płacę abonament i za bilet płacę.
Chodzę na wybory, nie jeżdżę na gapę.

w mojej ulubionej piosence z tej płyty Sorry Polsko, jest totalnie z dupy. Nie dość że znalazło się w niej tak bezsensowne powtórzenie, to niektóre wersy w innych tekstach sprawiają wrażenie, że autorka nie wiedziała co dalej dopisać, bo przecież jak dramatycznie skończy zwrotkę słowem „Nieee…” zrobi się taki teatralny cliffhanger. No nie, jest to irytujące. Pierwszy raz mam do czynienia z takimi bipolarnymi tekstami, gdzie połowa jest bardzo dobra i dojrzała, a reszta przypomina podpisy z internetowych obrazków dla gimnazjalistów. Może właśnie na tym polega fenomen Peszek?

W logice plus i minus daje minus, jednak tutaj, gdy dopisze się do tych znaków cyfry w postaci dobrych i złych momentów, wyjdzie zero. Niby średniawka, jednak średni album średniemu nierówny, bo dla niektórych średni będzie synonimem nudnego, czego nie można w żadnym wypadku zarzucić Jezuskowi. Ale została jeszcze jedna rzecz, dzięki której Peszek w moich oczach staje się cudowna, a dla niektórych zdrajcą plującym na orła białego. I tutaj właśnie o tym czy wpadnie się do jednego, albo drugiego koszyczka decydują poglądy polityczne, którymi cała płyta jest przesiąknięta. Na lewo koszyczek z napisem „Tak” na prawo z napisem „Nie”, więc jeśli jesteś prawicowym, zdrowym, białym jabłuszkiem, nie trać nerwów i olej tą płytę, bo tylko się niepotrzebnie będziesz wkurwiał.

A ja będąc wykształciuchowatym, feministycznym, zgniłym jabłkiem w lewym koszyczku na koniec polecam piosenkę. I dlatego Jezus Maria Peszek nie jest dla każdego. Przed użyciem należy również przeczytać ulotkę i skonsultować się z lekarzem lub farmaceutą.