butler„Wzruszający i godny Oscarów”, „Fenomenalny”, „Znakomity”. Maksymalne liczby gwiazdek sugerowały kolejny dobry film o problemie segregacji rasowej w Stanach Zjednoczonych. Film, który wstrząśnie i zostawi widza z katharsis. Tuż po obejrzeniu pojawiło się setki pytań, jednak nie takich jakby sobie tego życzył reżyser czy box office. Główne pytanie brzmiało: Fenomenalny? Czy my oglądaliśmy ten sam film?!

Film miał rewelacyjny pomysł i bardzo kłujący problem do omówienia. Głównym bohaterem jest tytułowy kamerdyner, który wychowawszy się na plantacji bawełny, traktowany był niemalże jak niewolnik, chociaż oficjalnie niewolnictwo zniesione było kupę lat temu. Cecil był dobrym służącym, więc dość szybko piął się po szczeblach „kariery”, od podrzędnych motelików po ekskluzywny hotel. Historia zaczyna się tak naprawdę gdy dostaje robotę w Białym Domu. Staje się to idealnym sposobem do ukazania polityki „od kuchni” przy jednoczesnym konflikcie ojca z synem, który jako czarnoskóry przeciwnik segregacji rasowej trafia non stop za kratki.

No i niby było to pokazane. W sumie już pierwsze sceny, gdy mały Cecil traci ojca i matkę, są tak skonstruowane, że jedyną reakcją u mnie było wzruszenie ramion. Gwałt? Kula między oczy? Wszystko wygładzone i zmontowane tak, aby widz puścił teatralną łezkę, ale broń Boże nie poczuł się z tym źle.

Rozumiem, że upchnąć 30 lat w dwóch godzinach jest trudno, ale bardziej lecącego po „łebkach” filmu nie widziałam. Sprintem przez wszystkich prezydentów i biegiem po życiu rodzinnym. Na niczym tak naprawdę się nie skupiono, wszystko liźnięto po trochu, a aktorzy nawet nie mieli okazji się wykazać, bo po prostu nie było czasu na takie pierdoły. Wyglądało to tak, jakby reżyser mając kapitalny pomysł w rękach tak się podjarał, że nie wiedział za co się wziąć i koncertowo wszystko spierdolił.

Schematycznie pokazano kolejnych prezydentów urzędujących w Białym Domu: nieskazitelny i niesamowicie przystojny Kennedy, staczający się i wyleniały Nixon, czy skwaszony, ale jednak wyrozumiały Reagan. Każdy prezydent przez to, że byli pokazani w dwóch czy trzech scenach, stawał się trochę parodią swojego pierwowzoru. Nawet w scenie gdy Jackie Kennedy siedzi na sofie w stylu Ludwika XVI w swojej słynnej, zakrwawionej, różowej garsonce i zanosi się płaczem po stracie męża – jako widz nie czułam nic. Współczucie do osoby w filmie, która pojawiła się przez 7 sekund? A z jakiej okazji?

Pod koniec filmu, gdy Cecil zwalniał się już z Białego Domu, byłam skłonna traktować ten film jako produkcję telewizyjną, która miała niewątpliwe ambicje na Oscary, z gdzieniegdzie poupychanymi gwiazdami. A jednak, stało się coś, co mnie załamało. Z końcówki zrobiono laurkę polityczną i propagandową agitację ku prezydentowi Obamie. Proszę Państwa, żeby nie było – gdybym urodziła się Amerykanką, na bank byłabym Demokratką, ale wciskanie na siłę jakiegokolwiek polityka i śpiewanie mu peanów przy akompaniamencie fletni to jest już przesada.

„Kamerdyner” jest jak obraz ze sklepu wielobranżowego z lat 90. Jest to na pierwszy rzut oka piękny krajobraz górski, ze strumieniem, wodospadem, lasem oraz jeleniem, który stoi na półce skalnej na tle zachodzącego słońca. Patrząc na ten widok zakuty w złotej ramce, człowiek sobie myśli – no ładne, ale zaraz przychodzi chwila otrzeźwienia – przecież ta sztuka jest skierowana do niewymagającego odbiorcy, a Ciebie ten jelonek tak naprawdę nie wzrusza, a ten wodospad to w ogóle jakiś krzywy jest.

Można więc obejrzeć, ale do kina nie idźcie, a DVD nie kupujcie, lepiej wejdźcie na www.piratebay.org.