Monitor przypominający lodówkę, plakat The Offspring wycharatany z Bravo, z wyraźnymi dziurami po zszywkach, powieszony na korkowej tablicy. Krzywe zęby, 8 gigabajtów na dysku i 32 pamięci ramu. Przegrywana płyta, sama nie pamiętam skąd skołowana z namalowanym za grubym markerem napisem „Simsy”. Borze, żeby tylko się zainstalowało, żeby tylko chodziło. Po prawie godzinnej instalacji, poprzedzonej wywalaniem muzyki i innych równie oryginalnych gier z dysku, w celu zrobienia Simsom miejsca, gra wreszcie ruszyła. Co z tego, że włączała się pół godziny i wyświetlała przy tym jakieś jakieś bzdurne slogany napisane Comic Sans. Ale gdzie by tam dwunastolatka zwracała uwagę na design. Wtedy jeszcze czegoś takiego nie było na świecie.

Klapaucius !;!;!;!;!;1

Taka już cwana byłam, że miałam kody na pieniądze. Ciężko się gra w Simsy nie mając grosza przy duszy i musząc za ciężko wyharowanych 100 Simleonów zapłacić rachunki i kupić sobie coś do żarcia. Taka droga rozwoju była przeznaczona dla zawodowców, którzy obeznani już byli z klapaucius, wykrzyknikami, średnikami i jedynką. Doprowadzało się wtedy Sima do perfekcji jeśli chodzi o logikę, gotowanie, kreatywność czy aktywność i wspinało się po szczeblach kariery zapewniając sobie tym samym w miarę bogate życie. Ale po co, skoro w kuchni koniecznie musiały być szafki Barcelona, które dawały dwa do wystroju, były najdroższe i zajebiście ładne?

Zaraz po tym doszły dodatki, Światowe Życie i Balanga, gdzie wybór mebli przyprawiał o ból głowy. Znowu budowało się jak największą chawirę, zabierając sobie miejsce na ogródek i wpychało wszystkie najdroższe meble, rzeźby i obrazy, doprowadzając do artystycznego kociokwiku i wystroju rodem z domu rosyjskiego nuworysza.

Dziecko w czapeczce

Największą frajdę sprawiało stworzenie kilku samotnych, bogatych Simów, wybudowanie im pięknych domów i parowanie ich, przy częstych romansach i nie zwracaniu uwagi na płeć (proszę, temat na pracę magisterską – Jak The Sims oducza ludzi homofobii?). Gdy już Simowie robiąc pełen piruet wskoczyli w swe białe suknie i smokingi, przychodził czas na dziecko. Niestety dopiero w dodatku Randka Simowie czynności prokreacyjne odbywali w naturalny sposób, we wcześniejszych częściach po prostu pojawiało się pytanie w stylu „Może to już czas na dziecko?” (temat na kolejną pracę – Jak dzięki The Sims można zacząć popierać in vitro?). Odpowiadając tak pojawiała się w kwiatkach, balonikach i innych bzdetnych rzeczach zielona kołyska, która kołyską była trzy simowe doby. Wrzaski małego zawiniątka przerywały simrodzicom noce, a gdy trwały za długo, pojawiała się ubrana w świętojebliwą spódnicę kobita z opieki socjalnej, która no trochę przypominała Pieńkową Damę z Twin Peaks. Dawała Simom reprymendę, a nieznośnego dziecieka zabierała i nie oddawała. Warto było pójść na macierzyński i tacierzyński, i przemęczyć się bo niesłychaną radość sprawiało odkrycie płci dziecka i jego wyglądu. Po trzech dniach niczym Jezusek, kołyska spowijała się w piłeczkach i zabawkach, i zamieniała się w małego Sima. Och, ma nosek po mamu…

O nie. DZIECKO Z CZAPECZKĄ. Z taką stożkową, granatową z gwiazdkami czy innymi tam ciulstwami. Taką w której robisz z siebie debila na urodzinach u kolegi. Czapeczka, której NIE DAŁO SIĘ ZDJĄĆ. To było gorsze niż koklusz, szkorbut, sarkoidoza, tularemia, progeria i wszystkie choroby o trudnej nazwie skumulowane w jednym dziecięcym osobniku. Z takim dzieckiem nie dało się nic zrobić, trzeba było się go pozbyć. I tu powstaje kolejne zagdanienie – Jak w The Sims liberalizuje się aborcję?

Świnka morska

Sposobów na pozbycie się Dziecka Z Czapeczką było wiele. Najszybsza i najmniej bolesna była śmierć przez utopienie. Każdy zna ten numer, DzC wskakiwało do basenu, przechodziło sie do trybu kupowania i sprzedawało drabinkę. 12 godzin zwykle wystarczyło, że z wycieńczenia DzC pozostawiało po sobie mały, ładny gróbek. Jednak wytrawni gracze obeznani z najbardziej wyrafinowanymi formami sadyzmu na Simach wybierali inne metody. DzC można było zamurować w pomieszczeniu z kominkami, sofami i czujnikami dymu. Kominki się odpalało i czekało aż kanapy się zajmą ogniem. Po co więc czujnik dymu? Większa beka była gdy DzC krzyczało a dookoła jak debil biegał strażak. Gdy miało się trochę szczęścia przychodziła prawdziwa kostucha z kosą i zabierała DzC. Jeszcze bardziej wyrafinowanym i mało znanym sposobem była świnka morska. Nie czyszcząc jej klatki Sim zarażał się jakimś wirusem i padał jak mucha. Dwunastolatka i morderczyni pikselowych ludzi, Borze.

Tryb kupowania

Ostatnio wróciłam do pierwszej części Simsów. Dwójka moim zdaniem nie miała tego „czegoś”, spartańska grafika i prostokątne łokcie Simów to było coś na co się czekało machając nogą pod biurkiem i odrabiając jakieś głupie zadania z majzy. Będąc troszeczkę (ale nie za dużo) mądrzejszą, robię sobie z przyjemnością swoje domki marzeń, który jeden z nich mam w planach kiedyś wybudować. Styl art deco, styl skandynawski, styl rustykalny, w każdym domu inny, bo nie mogłam się zdecydować na jeden.

I jest jeszcze taki plus – Na dzisiejszych komputerach stare simsy uruchamiają się w niecałą minutę, a nie jak kiedyś tyle czasu, że setki tysięcy dwunastolatek płakało i wycierało smarki o rękaw.

 

Dlaczego muzyka z trybu kupowania nie leci w Ikei i innych sklepach meblowych?!