Mam sentyment do metalu, gdyż był pierwszym gatunkiem, który otworzył mi oczy na szeroko pojętą muzykę. Gdyby nie on, to nie wiedziałabym, że poza radiowym kałem, istnieje milion pińcet kapel, które produkują wartościową i genialną muzykę. Metal jest jak pierwsza miłość, pryszczata, absorbująca i ta jedyna. Jednak każdy wie, że nikt się nie chajta ze swoim pierwszym chłopakiem, bo nie spróbować chociaż 0,5% smaków, które serwuje nam życie, to głupie rozwiązanie.

Przepraszam jednak za te głębokie jak dupa żaby filozoficzne wynaturzenia, już zajmujemy się koncertem. Będąc po 18 przy Arenie, byłam pewna, że 90% ludzi będzie w środku grzać już dupska i suszyć hery. Jakim to niemiłym zdziwieniem był fakt, że kolejka była długa jak sam skurwysyn, a otwarte były… dwie bramy. To mój trzeci koncert arenowy i przy Depeszach i Rammsteinie, były otwarte wszystkie wejścia, a kolejki osiągały w porywach 10 metrów.

Weszliśmy akurat jak zaczął grać Vader. Przyznam się, że za bardzo nie skupiałam się na ich koncercie, bo jeszcze ze znajomymi się nie nagadałam. Pamiętam tylko irytujące „polskowanie” Petera. Do tej pory zastanawiam się co chciał tym uzyskać, czy to było udawanie Amerykanina, który nauczył się wymawiać nazwę naszego kraju, czy to było z kręgu Polska jest Mistrzem Polski i Jestem dumny z bycia polaczkiem? Nevermind, w każdym razie ustawili ich na tyle cicho, że bez podnoszenia głosu, mogłam biadolić o dupie Maryni.

Mam czelność powiedzieć, że Megadeaf dało lepszy koncert. Pomachałam sobie trochę głową, podczas gdy na Slayerze jedynie potupałam obcasem. Chociaż myślałam, że Mustaine nawet nie beknie „thank you” w stronę publiczności, jak to zrobił na Sonisphere, to miło mnie rozczarował, bo powiedział sporo, pochwalił, pogłaskał po główkach i się cieszył. Warszawski koncert oceniłam na 4/10 i nadal twierdzę, że za tamten gig na więcej nie zasłużyli. Weszli, zagrali, Mustaine pobłogosławił katolicko i wyszli. Zero ikry i fajerwerków, z manierą na „odpierdal”. Nie wiem, może Mustaine’a irytowała wtedy obecność Metalliki? Who knows? Jednak w poniedziałek wszystko było cacy, z ogromnym plusem za numer dla wszystkich szalonych panienek She Wolf. Koncert cud, miód, kaszanka, koszule z podwiniętymi rękawami, malina, orzeszki, za wyjątkiem tej ohydnej gitary, która udawać miała Page’owskiego Gibsona EDS-1275.

Już wiem, założę dzisiaj do pracy
czarną koszulkę całą w trupie czachy
Usta-pistolet, pistolet-usta
Ja ciągle myślę, jak tu się urwać
(…)
Na gitarach swoje solo będzie grał
Pan, który się nazywa Jeff Hanneman

Chciałoby się zacytować klasyka, jednak pana, który miał grać sola, pająki wciągnęły za obrazek. Za utrudnienia przepraszamy. O O’Brienie żadnej piosenki nie zasłyszano.

Kiedy pan Lombardo wali w werbel hi-hat to tętno, stopa to serce
Więc czas wypłukać Ci ucho cudowną nutą
Jak pędzel o płótno krew uderza w skronie
Panie, panowie główne danie na stole
S do L do A do Y E i R!

Obrazić się po babsku powinnam na nich za to, że nie zagrali mojej ulubionej piosenki, przy której zapewne nie zatańczę pierwszego tańca na swoim weselu. Nie, nie będzie Disciple, bo chajtać się nie zamierzam. Logicznie wnioskując, pewnie z tego powodu jej nie zagrali.

Nikt na świecie nie ma tej zdolności co Sleja, zdolności do wytrzęsienia dźwiękiem gałek ocznych. Całe szczęście, że również pod względem scenografii panowie zachowali twarz, w przeciwieństwie do Immortal, Marshalle nie były jeno makietą, tylko klockami Lego. Jednak niewątpliwie dodawały animuszu i wigoru, zerując kryzys średniego wieku. Ani chybi „momentami” był Americon z albumu „Więc chodź, pomaluj mój świat” i South Of Heaven, które miały w sobie tyle mocy, że można było się zamienić w super Saiyana. Bardzo serdecznie polecam koncerty Sleji, gdyż grają głośno, szybko, bardzo ładnie i ani razu nie zawiedli. Idealni na niedzielny Festiwal Piosenki Mamy i Taty.

Chociaż coraz rzadziej ich słucham, to lubię ich. Cholerne skurwysyny, nie zanosi się nawet, że te Duracelle w dupskach miały im się wyczerpać. Odpalcie mi chociaż dwa wiaderka prądu, co?