Dużo ludzi starających się być świadomymi muzycznie miało kiedyś jakiś romans z Metalliką. Czy to był przelotny flirt, krótki, płomienny romans, związek a następnie separacja, czy jest to szczęśliwe małżeństwo, to większość „użytkowników” Metalliki odnosi się do nich z szacunkiem, choćby za to co robili mniej więcej do 1995 roku.

Metallica jest jak pierwsza dziewczyna, niezbyt ładna, ale świetna i wierna jak najlepszy kumpel. Po pójściu dalej w świat poznaje się o wiele piękniejsze i bardziej fantastyczne dziewczyny (czytaj dosłownie bądź z metaforą – muzyka). Jednak ta stara, dobra Metallica gdzieś tam jest i umawiając się z nią raz na ruski rok na piwo, czuje się tą sympatię przy powracających, miłych wspomnieniach.

Jednak po dzisiejszym dniu przestaniemy się umawiać na piwo. Pozostanę przy oglądaniu zdjęć i wspomnieniach w postaci starych krążków. Mianowicie, z dniem 17 października roku Pańskiego 2011, ukazało się dziecko Metalliki z jej nowym facetem, Lou Reedem. Mi, jako byłej dziewczynie, nie podobał się ten związek, stworzony wyłącznie do ratowania wizerunku obojga partnerów. Ale nie można się zniechęcać i uprzedzać na samym początku, bo tak nie wypada. I tak dzisiaj usiadłam przed laptopem, założyłam słuchawki, zaczęłam słuchać i oglądać bezręką córkę, o wdzięcznym imieniu Lulu.

Wstyd mi się przyznać w samym środku biadolenia, że Lou Reeda i The Velvet Underground znam jedynie z bananowego albumu z Nico. Mam nadzieję, ze podołam opisaniu tego zjawiska znając tylko jedną ze stron. Po pierwszych dwóch kawałkach siedziałam jak wryta. Nic, ale to absolutnie nic nie trzyma się kupy. Muzyka swoje, a Lou Reed swoje. Jedno z drugim nie pasuje, nie ze względu na to, że do metallikowego brzmienia pasuje jedynie kozi wokal Hetfielda, tylko ze względu na wrażenie, że Reed czyta swoje teksty z kartki. Miała to być recytacja popieprzonej poezji, a jest to przepity bełkot jakiegoś niespełnionego artysty, albo wystąpienie trzynastolatka na akademii szkolnej.

Co innego jeśli uczepię się tekstów. Nie wiem jak Lou Reed funkcjonował za czasów VU czy swojej solowej kariery, ale to co on… no dobra RECYTUJE to grafomania totalna. Wystarczy jeden przykład:

I AM THE TABLE!!!

Biedna Lulu mocnych momentów praktycznie nie posiada. Muzycznie wszystko jest na jedno kopyto, jeden motyw – jedna piosenka. Kiepskie, gitarowe melodie, nachalna perkusja Larsa, które razem mają zwiastować koniec świata, w połączeniu z nierytmicznym śpiewem (Mistress Dread) czy ze słabą recytacją (The View i Pumping Blood) daje obraz Nerona, który podpalił Rzym i przypatrując się swojemu zniszczeniu „uprawiał poezję”. A co ma robić biedny lud? Spierdalać gdzie pieprz rośnie. Albo uchować swe życie gdzieś do połowy albumu, żeby przekonać się co oznacza termin „zła muzyka”. Jego znajomość przydaje się w życiu, gdyż wtedy zaczynamy doceniać rzeczy, którymi wcześniej wzgardziliśmy. Tak właśnie chyba polubię St.Anger.

Mniej więcej od Iced Honey, zaczyna się robić bardziej znośnie, piosenki są troszeczkę bardziej dopracowane i nie przypominają pierwszej próby przy graniu nowej piosenki, gdzie trzeba dopasować śpiew do instrumentów. Mogę zaryzykować stwierdzenie, że WARTO się przebić do ostatniego kawałka, zatytułowanego Junior Dad. Zastanawiam się tylko, czy numer ten uważam za dobry, tylko dlatego, że po prawie całej godzinie zmasakrowania moich młoteczków i kowadełek, dźwięki smyczków były jak miód, czy ten kawałek rzeczywiście taki jest. Nie wiem, trochę zgłupiałam. Może jeszcze przyjdzie taki piękny czas, że docenię Lulu, bo zawsze można nagrać jeszcze większe gówno. Jak na razie ładnie podziękuję i po angielsku się oddalę z całego miejsca zdarzenia, udając, że nic się nie stało. Jednak gdzieś tam w głębi czuję ukłucie. Jak to dobrze, że już nie jesteśmy razem.

Śmiałkowie chcący przesłuchać, niech kilkną tutaj.