Ostatnio niesamowite szczęście się zmaterializowało w moim małomiasteczkowym życiu. Jako stary brudas, który kiedyś nosił przetłuszczające się kłaki, chciałam jak Jim Morrison pojechać tam, gdzie w nocy słuchałoby się psychodelicznego rock and rolla i paliło haszysz, a w dzień dreptałoby się po ogrodzie w szlafroku. O jaki kraj chodzi? Oczywiście o Maroko. Maroko to obecnie jeden z najdynamiczniej rozwijających się krajów afrykańskich. Zawdzięczać to można mądrym rządom króla, który jako jeden z najbogatszych ludzi na świecie miałby idealne możliwości do wprowadzenia tam dyktatury. Jednak król jest całkiem gramotny i od samego początku swojego panowania rozpoczął liberalizację Maroka. No, liberalizację w ichniejszym tego słowa znaczeniu, bo nasz konserwatyzm, to dla nich liberalizm, ale to i tak duży krok jak na państwo islamskie.

Ale nie przyszliście tutaj czytać gospodarce i zmianach w Konstytucji Maroka, tylko poczytać sobie jak to było kiedy noga Waszej ulubionej blogerki po raz pierwszy stanęła na czarnym lądzie. Przez tydzień udało nam się jedynie „liznąć” Maroko i postanowiłam relację podzielić na opisy większych miast. Dlatego zaczynam od światowej stolicy ruchu hippisowskiego, czyli Marrakeszu.

Jako, że to był nasz pierwszy wyjazd do kraju arabskiego, Marrakesz nas dość brutalnie… rozdziewiczył. Było to jak pierwszy raz, który w 90% przypadków jest totalną klapą. Jako Europejczycy i przedstawiciele konsumpcyjnej i statecznej kultury zachodniej (dla nich to w sumie północnej) przeżyliśmy szok kulturowy. Po wejściu w suki (arabskie uliczki ze sklepikami) zostaliśmy zaszczekani przez handlarzy, którzy próbowali wcisnąć nam dosłownie WSZYSTKO. Od lamp, po torby, biżuterię, magnesy na lodówkę, kapcie, paski, drewniane węże i malowanie dłoni henną. HELLO!!! VERY GOOD PRICE! DO YOU LIKE IT? w połączeniu z muzyką klaksonów dało obraz totalnego chaosu, ba, co ja mówię! Burdelu na kołach! Dlatego zrezygnowani, zdewastowani i mentalnie zgwałceni, usiedliśmy w kawiarni, modląc się tylko, żeby kelner też na nas nie krzyczał. Dlatego Marrakesz porównałam do seksu. Bogu dzięki, że seks jest każdy wie jaki i następne razy są już tylko lepsze. A potem traci się dla tego głowę. Z Marrakeszem było dokładnie tak samo.

Na plac Jamaâ El Fna najlepiej przyjść nocą, bo wtedy zaczyna się życie i prawdziwa egzotyka. Otwarte zostają punkty gastronomiczne pod gołym niebem, które higieną przygotowywania potraw pozostawiają wiele do życzenia, stragany z gotowanymi ślimakami i świeżo wyciskanymi owocami. Mimo wszystko polecam zjeść posiłek podany na stole, który ma obrus z gazety Liberation (nie bierzcie tylko surówek, bo sraka byłaby gwarantowana) i kupić sobie miseczkę gotowanych ślimaków. Nigdy wcześniej nie jadłam ślimaków, dlatego moment nabicia ślimaczka na wykałaczkę i wyciągania go ze skorupki jest wyjątkowo obrzydliwy. Dlatego radzę zamknąć oczy przy wkładaniu sobie go do buzi. A smak? Gdybym nie wiedza, że jem robala, smakowałby pewnie sto razy lepiej, a tak to był tylko niezły. Warto jednak zapłacić te 5 dirhamów (ok. 2 złote) za miseczkę, żeby spróbować rosołku ze ślimaków, który jest o niebo lepszy niż nasz niedzielny rosół. Uważajcie z świeżo wyciskanymi owocami, bo po spróbowaniu zobaczycie jak mało słodkie i soczyste są importowane do Polski cytrusy. Na placu rozkładają się muzycy i opowiadacze bajek, wokół których gromadzą się gapie. Radzę jednak stać z daleka i robić dyskretnie zdjęcia, bo po sekundzie pojawia się ręka z tacką. Zwłaszcza jak się jest blondynką, to tacka pojawia się w pół sekundy.

Marrakesz to nie tylko Jamaâ El Fna. Koniecznie trzeba zobaczyć Majorelle Jardin, czyli ogród francuskiego projektanta mody, Yvesa Sainta Laurenta. Nie dziwię się wcale Laurentowi, który ostatnie lata swojego życia siedział tam non stop i kazał po swojej śmierci rozsypać swoje prochy po ogrodzie. To miejsce jest bajkowe i chyba tak wygląda raj.  Sama zaszyłabym się tam i nie potrzebowała wychodzić już nigdzie indziej. Do końca świata. Zwiedzić należy też grobowce Saadytów, którzy byli kiedyś dynastią która panowała w Maroku w XVI i XVII wieku. Po objęciu władzy przez okrutnego sułtana Mulaja Ismaila, wszystkie pamiątki po poprzedniej dynastii zostały zniszczone, a nekropolia zamurowana. Dopiero na początku XX wieku, podczas przelotu Francuzów nad Marrakeszem zostały ponownie odkryte. Piękny jest również pałac El-Bahia, który wybudował wezyr Ba Ahmed, dla swojej faworyty, Bahii.

Zresztą, kochani, co ja będę opowiadać, zapraszam do galerii.