Metro 2033 okładka- Ej, a to czytałaś? – zagadnął jakieś pół roku temu do mnie brat.
- Nie, a co to.
- Metro 2033, science fiction, akcja się dzieje w moskiewskim me…
- A daj mi spokój, nie lubię science fiction.
- Jezus, daj dokończyć. Akcja się dzieje po wojnie nuklearnej, gdzie garstka ludzi schodzi do metra, bo metro w Moskwie jest schronem przeciwatomowym! Wiedziałaś?
- Nie, nie wiedziałam – odpowiedziałam beznamiętnym głosem wzruszając ramionami.
- No mówię ci, przeczytaj, patrz, ja ją czytałem pięć razy, patrz jak ta książka wygląda! – krzyknął z dumą szczerzac zęby.

Faktycznie wyglądała jak po wojnie nuklearnej.

Tak mniej więcej wyglądała nasza rozmowa, gdzie w ogóle dowiedziałam się o istnieniu tej książki. Tematu sci-fi nie ciągnęłam, tak samo jak fenomenu infrastruktury moskiewskiego metra czy polityki ówczesnych władz radzieckich. Inne superważne sprawy miałam wtedy na głowie, jednak dziwnym trafem powieść Głuchowskiego i to metro gdzieś zapisały się w zakamarkach świadomości i dołączyły do półki „do-przeczytania”.

Tutaj pragnę takim kontrapunktem nawiązać do dzisiejszej kultury czytania. Opierałam się długo e-bookom i pdfom, twierdząc, że to profanacja idei książki. Jak niby można czytać książki na ekranie, lampiąc się w rozmigotane światło, którego ludzkie oko nie widzi, ale ogniska padaczkowe w mózgu już tak i to bardzo. Zmieniłam zdanie z trzech powodów. Książki w przecudnych wydaniach, z nęcącym zapachem świeżego druku, które od dawna były na półce „do-przeczytania-natychmiast” miały jedną, poważną wadę. Cenę. Dlatego tak czasem wpadałam do empiku, brałam je do ręki, trzymałam, oglądałam obrazki, wzdychałam i odkładałam na miejsce. Tak samo było z płytami, jednak moje niewinne serduszko niewieście tak nie krwawiło nad nimi jak nad książkami, bo muzykę kradnę od czasów przedchrześcijańskiej Polski. Druga rzecz, która mnie przekonała do czytania książek elektronicznych to tablet. Nie żaden Kindle, nie żaden ajtab, tylko zwykły tablet do grania w Angry Birds. Trzeci argument, i zarazem ostatni, to chomikuj.pl.

Dlatego bardzo niebezpieczne i antykapitalistyczne równanie:

cena + tablet + chomikuj.pl

daje jednoznaczny wynik. Sami se rozwiążcie to równanie, bo ja miałam pisać o Metrze.

Metro 2033 to książka, która znalazła się w moich rękach dzięki temu równaniu pomnożonemu przez rekomendację zaufanej osoby. Tak jak na wstępie wspomniałam, akcja dzieje się po wojnie nuklearnej, która zmiotła praktycznie całe istnienie z planety. Szczęśliwcom udaje się zejść na dół, przeżyć i dalej kontynuować życie w prawie całkowitych ciemnościach, wilgoci i upodleniu. Każda stacja staje się małym państwem-miastem, z własnym dowództwem, z własnym ustrojem, przemysłem i usługami.

Głównym bohaterem jest Artem, chłopak raczej pełnoletni, który dorosłości jednak długo nie zasmakował. Mieszka na stacji WOGN, która jest oddalona od centrum i jest punktem granicznym od opuszczonych i niezbadanych stacji na tej linii. Artem wiedzie dosyć typowe jak na tamtejsze warunki życie, od czasu do czasu pełni wartę przy tunelu wiodącym do stacji Ogród Botaniczny, a normalnie zajmuje się produkcją herbaty, wytwarzanej z… grzybów. Właśnie na niezamieszkałej stacji Ogród Botaniczny zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Przez niedomknięty właz zaczynają przechodzić z powierzchni mutanty, które przechodzą tunelami do WOGNu, gdzie na dzień dobry dostają serię z kałacha. Pewnego dnia na stacji WOGN pojawia się tajemniczy Hunter, stalker, którego zadaniem jest wychodzić na powierzchnię, w celu zdobycia leków, drewna i innych najpotrzebniejszych rzeczy. Zaczepia naszego bohatera i mówi mu, że idzie zbadać sytuację na terenie problemowej stacji sąsiedniej. Jak nie wróci w ciągu dwóch dni, Artem ma zanieść wiadomość do Polis, gdzie będzie czekał na nią inny stalker.

I tak zaczyna się niesamowita, postapokaliptyczna przygoda z rewelacyjnie budowanym napięciem. Głuchowski posługuje się barwnym i plastycznym językiem. Opisy tuneli, stacji, tamtejszego życia i ludzi sprawiają, że czytelnik od razu wizualizuje sobie wszystko w głowie, czując nawet zapach niedomytych ciał, palenisk i zagrzybionej wilgoci. Wiadomo jednak, że prawdopodobnie żadna tutejsza notka nie będzie się składała wyłącznie z peanów i chyba by mnie piorun drugi raz strzelił, gdyby nie wcisnęła szpilki. Historia jest niesamowicie banalna. Gdyby nie wykreowany świat umieszczony w dosyć nietypowym miejscu (już samo umieszczenie postapokaliptycznych obrazków nie na terenie Stanów jest już novum) książka za cholerę by się nie sprzedała. Miałaby może z tysiąc czytelników jako jeden z tysięcy fanfików powieszonych gdzieś w sieci. Jest to opowieść żywcem wyciągnięta z gier komputerowych, gdzie bohater jest zwyczajnym gościem i tylko wyjątkowy zbieg okoliczności powoduje, że zaczyna przeżywać niecodzienne przygody. Oczywiście musi się po drodze okazać, że bohater jest mesjaszem / wybrańcem / jedyną nadzieją / bla bla bla. Sama kreacja Artema była bardzo przeciętna. Artem nie miał w sobie nic szczególnego, nie był jakoś specjalnie wysportowany ani szczególnie bystry. No dobra, raz miał przebłysk inteligencji, gdy pogonił Jehowców, ale przecież to każdy potrafi, hahaha! Artem był po prostu nudny. Totalnie się nie nadawał na głównego bohatera i bardziej przywiązywałam się do postaci, które napotykał na swojej drodze. Postaci dosyć archetypowych (żeby nie powiedzieć sztampowych) dla rosyjskiego społeczeństwa i kultury – komunistów, trockistów, neofaszystów, jurodiwych, wojskowych czy olewaną przez wszystkich inteligencję. Od połowy książki przeniosłam termin „Protagonista” na Młynarza, który był adresatem wiadomości, którą nadał przez Artema Hunter.

Był jeszcze jeden wielki minus, do którego musiałam się doczepić, wielu facetów wywróci tutaj oczami i szczerze mówiąc gówno mnie to obchodzi. Kobiety w książce Metro 2033 nie istnieją. Nie, to nie jest odwrócona Seksmisja ani żaden bal pedała, czy postapokaliptyczna parówa party. Kobiety są, ale to całkowicie nieznaczące i nic niewnoszące tło dla wydarzeń. Połączenie tego faktu i pizdowatości Artema dało w mojej głowie coś, co może wywołać globus u fanów sagi Universum i Metra. Zrobiłam z Artema dziewczynę. Mój chory feminizm został zaspokojony, a Artemowi dało to trochę oryginalności w tym smutnym jak pizda metrze. Nawet nie wiecie ile to nadało kolorytu książce!

Metro możecie kupić komuś na prezent gwiazdkowy, bo wciąga i bardzo szybko się czyta. Jednak kupując (bądź ściągając) miejcie świadomość tego, że wszystko w Metrze gdzieś już było (oprócz samego metra). Ale nie powiem, sympatycznie się czytało. Może dlatego, że akcja dzieje się w Moskwie, a Moskwa to prawie jak Polska. Więc warto czytać książki ze swojego podwórka i wspierać lokalną kulturę.