Tim Burton to jeden z moich ulubionych reżyserów. Ba, zaryzykuję nawet stwierdzeniem, że jest numerem jeden. Facet stworzył zupełnie nowy sposób kręcenia filmów, nowy gatunek, z którego potrafił korzystać sam twórca. Z kilometra można poznać jego „styl, kreskę i farbę”, dobór aktorów, krórzy zawsze mają duże oczy, wydatne kości policzkowe, anemiczną urodę i trochę za duże głowy. Pomimo kilku wpadek filmowych, w postaci na przykład „Marsjanie atakują”, dla Burtona zawsze warto było wyłożyć pieniądze na bilet do kina.

Tak myśleliśmy idąc obejrzeć najnowsze dziecko Tima, które spłodził ze swoimi odwiecznymi małżonkami, czyli Heleną Bohnam Carter i Johnnym Deppem. Gdy usłyszałam jakiś czas temu, że Burton kręci nową pastiszową groteskę z ich udziałem, ucieszyłam się, bo to oznaczało ucztę dla fanów jego konwencji. Nie zwróciłam zbytnio uwagi na pojawiający się głos w mojej głowie mówiący: Kurwa no, ile można kręcić filmów z Deppem i Carter?! Nie posłuchałam nawet koleżanki, która dwie godziny przed zaplanowanym seansem ostrzegła, że „Mroczne cienie” są cienkie jak barszcz.

Film opowiada historię Barnabasa (Depp), który żyjąc w XVIII wieku odrzuca zaloty swojej służącej (Green), która okazuje się czarownicą. Ta ze złamanym sercem rzuca klątwę na jego ukochaną i na niego samego, zamieniając go w wampira. Organizuje bunt mieszkańców miasteczka, którzy rodem ze średniowiecznych obrazków przychodzą pod willę Barnabasa z grabiami, pochodniami, widłami i innym sprzętem AGD. Biedaka krępują łańcuchami, wciskają do żelaznej trumny i żywcem zakopują. Po 196 latach ekipa budująca drogę odkopuje nieszczęśnika, który jako wampir oczywiście nadal żyje. Barnabas wraca do rodzinnej posiadłości i oszołomiony natłokiem wrażeń zmian w ówczesnym świecie poznaje swoich potomków. Firma założona przez jego rodzinę już dawno nie istnieje, dom jest w opłakanym stanie a wiedźma, która rzuciła klątwę nadal żyje.

Wydawać by się mogło, że przedstawiona powyżej fabuła jest ciekawa i nieść może ze sobą wiele zabawnych sytuacji. Należy jednak przyznać, że wszystko już gdzieś było. Jeśli nie w filmach innych reżyserów, to u samego Burtona. Dlatego do głównej osi akcji dorzucono masę wątków pobocznych, które potem zostały brutalnie olane i potraktowane po łebkach.

Główną akcję tworzy trio Depp – Green – Pfeiffer (jako dziedziczka fortuny Collinsów). Resztę niepasujących do układanki puzzli tworzą znane w świecie filmu nazwiska, które miały na celu przyciągnąć widzów do kin. Helena Bohnam Carter grająca dr Julię Hoffman była w tym filmie chyba tylko dlatego, bo od wielu lat jest w związku z reżyserem i po prostu mu nie wypada nakręcić filmu bez niej. Jonny Lee Miller zagrał złego wujka, który gdzieś tam przemykał w ujęciach, kradł portfele i na koniec wziął nogi za pas. Jakie było znaczenie jego postaci dla fabuły, to nie wiem. Piękna dziewica o anielskiej buzi, Bella Heathcote grająca Victorię, a zarazem reinkarnację ukochanej Barnabasa, została potraktowana jako epizodzik, a jej historia z psychiatrykiem była denna, głupia, nie wzbudzała współczucia, tylko uśmiech politowania.

Gdzieś do 3/4 filmu akcja jakoś leci, chociaż nie wiedząc czemu czułam lekkie podirytowanie. Siedząc na sali pomyślałam, że gdyby nagle w kinie siadł prąd i widzów wyproszono by z sali, to do dalszego oglądania bym nie wróciła. Zdarzało mi się pomiędzy ziewnięciami kilka razy zaśmiać, jednak nie na tyle, żeby nazwać „Mroczne cienie” komedią. Gdy jeszcze miałam nadzieję na to, że zakończenie coś ulepi z filmu, to dostałam kilka razy po pysku z otwartej dłoni. Ostatnie dziesięć minut przypominało czterolatka w kuchni, który robi ciasto. Do ciasta dorzucimy kilka malin, które nazwiemy Victorią, popieprzymy i dorzucimy trochę kiełbasy, dolejemy zsiadlego mleka, skroimy ogórki kiszone i na koniec udekorujemy bananami i serem pleśniowym. Mili Państwo, tak durnej i chaotycznej końcówki nie widziałam od dawien dawna. Nie wiedziałam gdzie mam patrzeć, czy na Pfeiffer która strzela do drewnianej ryby, czy na rozsypującą się Green, czy wreszcie na ducha matki małego Davida, która pojawiła się niemalże z dupy, czy na córkę Carolyn, która okazała się wilkołakiem! Po prostu pożar w burdelu.

Żeby nie było tak źle, czymś „Mroczne cienie” zasłużyły na tę tróję (w skali dziesięciopunktowej, oczywiście). Po pierwsze muzyka, która stanowiła połączenie muzyki Danny’ego Elfmana i starych rock and rollowych hitów. Po drugie piękna scenografia, charakteryzacja i gra aktorska Deppa, Green i Pfeiffer. Po trzecie obecność Alice Coopera.

Doskonale zdaję sobie sprawę, że filmy Butrona to osobny gatunek, który jest niczym podawanie ogorków kiszonych z bitą śmietaną. Nikt tak nie operuje pastiszem jak on, nikt tak nie kreuje postaci z tak widocznymi przywarami i dziwactwami. Jednak wina za położenie filmu leży właśnie po stronie jego i scenariusza. Burton po prostu przesadził i przedobrzył. Miało być dziwacznie a było kretyńsko, miał być mrok, była ciemność, zamiast ciekawej historii dostaliśmy spłaszczoną akcję z masą niepotrzebnych nikomu bzdur.

Jest jedna rzecz, która może uratować ten film. Burton sparodiował sam siebie, wykrzywił swoją konwencję i stylistykę, a teraz siedzi i się śmieje czytając wypowiedzi zachwyconych fanów, którzy wszystko co będzie miało napois BURTON wezmą z entuzjazmem i maniakalną euforią. Jeśli kiedyś tak przyzna, to wystawię mu 10. Jeśli nie, to „Mroczne cienie” to kociokwik, który potwierdza, że jeden z największych dziwaków Hollywood ma od kilku lat tendencję spadkową.

Polecam zwiastun, zawiera w sobie najlepsze momenty z filmu, na którego szkoda wykładać pieniądze.

Gdyby ktoś nie znał jego twórczości – chcecie obejrzeć jego horror z Johnnym, obejrzcie „Jeźdźca bez głowy”. Chcecie komedię, obejrzcie „Big fish” albo „Ed Wood”. Komiks? Burtonowski Batman wyciera sobie tyłek Batmanem Nolana. No i „Edwarda Nożycorękiego”.