Melody's Echo Chamber, źródło: Last.fmMiałam zrobić z tego cykl notkowy, a już ma samym starcie mam poślizg. Nic nowego. Dzisiaj jednak się łaskawie nad Wami ulituję i nie będzie za długo, bo usmarkana jestem po cycki i samopoczucie moje wskazuje napis „do dupy”.

Grizzly Bear - Shields okładkaW tym miesiącu za dużo nie słuchałam i podobnie jak w zestawieniu z zeszłego miesiąca podrzucę Wam, moi mili, trzy płyty. Pierwszą będzie, wspomniana w listopadzie „Shields” Grizzly Beara. Płyta nie odkrywa Bóg wie czego, ale wiadomo, w muzyce gitarowej wymyślone zostało prawdopodobnie już wszystko. „Shields” na pierwszy rzut ucha mogą wydawać troszkę nudnawe, jednak przy osłuchiwaniu się robi się coraz lepiej. Warto wytrzymać serię rozleniwionego ziewania i przeczekać do drugiej połowy, która mogła by ten album rozpoczynać. No, czyli tak odwrócić „Shields” do góry nogami. W tej drodze do „wnętrza” umila czas „Yet Again”. Możecie sobie obejrzeć teledysk opowiadający o przygodach amerykańskiej łyżwiarki.

Melody's Echo ChamberDrugie będzie Melody’s Echo Chamber, które jest zdecydowanie muzyką dla bab. Nie, nie ma tam piosenek o panu Darcym z Dumy i Uprzedzenia, tylko jest słodko i dziewczęco. Wokalistka śpiewa po angielsku i francusku, przez co jej chansony przywodzą na myśl końcówkę lat sześćdziesiątych, kiedy to Serge Gainsbourg podrywał bardzo nieletnie panienki. Już po okładce można spodziewać się hipsterskich treści, ale niechaj Was to nie zniechęca, bo płyta jest zgrabna niczym grzywka i wąska kibić wokalistki, która znajduje się na zdjęciu tytułowym. Wokalistka, nie kibić. Wokalistka i jej grzywka.

Neil Young with Crazy Horse - Psychedelic PillTrzeci będzie dinozaur gitary, najfajniejszy epileptyk świata i jeden z niewielu muzyków za którego Kanada się nie musi wstydzić. Neil Young i Crazy Horse. Wydali oni ostatnio płytę „Psychedelic Pill”, która może być dla młodego słuchacza trochę trudna, nudna i w ogóle skamieniała, bo mogła powstać w 1979, 1983, 1992 i tak dalej, aż do 2012, w ogóle nie słychać w niej jakiś stylistycznych wyznaczników epoki. Young jednak jest takim gitarzystą, że jego piosenki są jak obrazy ekspresjonistyczne. Długie i leniwe dźwięki mogłyby w ogóle sobie same tak egzystować bez akompaniamentu innych instrumentów, są głębokie i ciepłe i nawet słaby wokal Neila niczego nie psuje. Podrzucam klip do „Ramada Inn”, ale uwaga piosenka jest niemalże niekończącą się solówką.

Tak tytułem zakończenia, przyznam się, że moim postanowieniem grudniowym było naskroblować dziesięć tysięcy utworów i przekroczyć magiczną granicę stu tysięcy piosenek, które odsłuchałam od kwietnia 2007 roku. Niestety, zabrakło mi około… ośmiu tysięcy. Z takim tempem to na szóstą rocznicę mojego związku z Last.fm dostanę prezent w postaci stu tysięcy.