Bracia AgedWszystkiego najlepszego życzę zimie. Kiedy wszyscy chcą biedaczkę wygonić z kraju, albo i całego kontynentu, ja puszczam oczko i mówię „Stara, nie przejmuj się, siedź!”. Dlatego jej właśnie dedykuję tę notkę i muzykę, którą razem z nią słuchałam na początku tego roku. Zima, ej, gdzie leziesz, siadaj, siadaj, masz jeszcze trochę śniegu?

David Bowie – The Next Day

Ale sobie prztyczka dał tą okładkąDużo szumu, dużo oczekiwań i wyczekiwań. Aż kciuki zaczęły sinieć i stawy w nich strzelać z nieprzyjemnym, suchym trzaskiem. Nigdy nie przeżywałam entuzjastycznie muzyki Bowiego, więc nie będę bazować swojej oceny Następnego Dnia na podstawie poprzednich dokonań. Rozumiem zachwyty prasy nad nowym dzieckiem Bowiego, bo to artysta-kameleon, gdzie w każdym jego wizerunku było widać geniusz jednostki. Ludzie tyle się naczekali, więc zachowawczą płytę oceniają bardzo wysoko. The Next Day to album dobry, poprawny i trochę tradycyjny. Oczywiście w dobrym tego słowa znaczeniu, bo The Next Day nie jest, broń Borze, jakieś skostniałe. Też nie można wymagać od Bowiego bycia non stop odkrywczym, bo na takie rzeczy już mu wiek nie pozwala. Do posłuchania, ale bez szału. Ani ziębi, ani grzeje.

Teledysk bardzo fest, chociaż cholera wie o co w nim chodzi:

Nick Cave – Push The Sky Away

JZa okładkę Kejw ma 10/10, a zwłaszcza jego żona.est kilku muzyków, po których nie spodziewasz się zmiany, bo na 99,9% oni będą nadal robić to samo. Mistrzowie w swoim gatunku, manierze i tekściarstwie. Taki jest na przykład Tom Waits no i właśnie Nick Cave. Niby nic nowego, ciągle to samo zawodzenie, tląca się fajka, garnitur i koszula bez krawata. Ale ten szablon przekonuje jakieś sto razy lepiej niż David Bowie.

Posłuchajcie sobie Mermaids, o:

How To Destroy Angels – Welcome Oblivion

Telewizor marki RubinNapisałam ostatnio list do Trenta Reznora. Do tej pory z podnieceniem czekam na awizo w skrzynce, gdzie w okienku na poczcie będę mogła odebrać list zza oceanu. A tam, na kartkach wyharatanych z notesu, nierównym pismem będzie odpowiedź od niego. Kot sąsiadów dowiedział się o moim czekaniu i podobnież naostrzył na mnie już rodową zastawę stołową.

Substytut NIN wyszedł na rynek. Pogodziłam się z tym, że złego pana Reznora już nie usłyszyły raczej na jakichkolwiek płytach, a te zabawy przyciskami i kablami nie były takie znowu złe. Ale czy Welcome Oblivion też jest takie? Cudów się nie spodziewajcie. Płyta jest dokładnie taka sama jak wszystko co robił Reznor (+ Atticus Ross) ostatnimi laty, tylko wymieszane z bardzo przesterowanym wokalem małżonki (czyżby ona nie umiała śpiewać?). Nie lubię tego stwierdzenia, ale płyta jest nierówna – przy całkiem niezłych kawałkach trafia się taka kupa jak Ice Age. Zaraz potem jest nudnawo, a po chwili coś zaskakuje i przygważdża uwagę (How Long?) Ale jest lepiej niż się spodziewałam. Warto, ale jakichś cudów na kiju się nie spodziewajcie.

Inc. – No World

Inc.Był Bowie, Cave i Reznor. Wystarczy tych starych wyjadaczy, pozwolę więc sobie przedstawić dwóch młodych wilczków, którzy postanowili nagrywać pościelówy. Co to jest i z czym to się je? Muzykę braci Aged polecam spożywać raczej wieczorem, bo szelesty prześcieradeł bardzo dobrze komponują się z ich lepką muzyką. Słychać lata osiemdziesiąte i synthpopową manierę, przy jednoczesnym niemęskim śpiewem na Prince’ową modłę. Brzmi strasznie, co nie? Bardzo strasznie będzie jak nie posłuchacie. Nawet jeśli nie lubicie tego typu muzyki, to Inc. będzie Waszym guilty pleasure. Zobaczycie, że za parę lat będziecie się tłumaczyć kolegom, dlaczego Inc. ma tyle odsłuchań na Waszych Last.fmach. Nie i nie będzie że dziewczyna czy siostra naskroblowała.

Podrzucam teledysk do The Place, chociaż posłuchajcie sobie Desert Rose, bo ja się jarałam.

Ostatnio bronię się przed założeniem sobie konta na Spotify. Jakieś sto lat temu pisałam, że jestem typową konciarą i gdzie się tylko da mam konto. Jezu, nie wiem, ociągam sie z tym aż wnętrzności mi się skręcają. Albo życie i czas wolny, albo Internet. Jak żyć.