Zbliża się Sylwester i powoli zaczynają się pojawiać nikomu niepotrzebne zestawienia i podsumowania. Będzie tak samo i tutaj, ba! Na dodatek pójdę na cholerną łatwiznę, bo na początku stycznia zrobiłam dokładnie taki sam ranking, dotyczący największych osiągnięć muzyki popularnej we wkurwianiu praworządnych obywateli. Nie lubię się powtarzać, ale miałam wtedy Wykop-Korwin-Efekt i po prostu robię to dla sławy i pieniędzy. I futra z norek.

Z prognoz styczniowych zakładałam, że Lana Del Rey znajdzie się w tym rankingu i byłam bardzo blisko, żeby cos tutaj umieścić. Dziewczynie jednak się upiekło. W końcu jej „kotek” smakuje jak Pepsi Cola.

W tamtym roku wywołałam lekkie szczypanie w pupach osób, które twierdziły, że Gotye i Foster The People są przecież takie alternatywne. W tym roku nie było żadnego „Mistrza Tablic Facebookowych” i strasznie mnie z tego powodu serduszko boli, bo musiałam sięgnąć po piosenki, które naprawdę wkurwiały wszystkich, a nie tylko mnie.

Pitbull – Back in Time

Szanowny Panie Amstaffie! Ma Pan bardzo durny i kojarzący się z dresiarnią w kraju wódki i kiełbasy pseudonim. Akurat i z pseudonimem i muzyką trafił Pan w ten niewymagający target. Nie wiem czy Pan to skrupulatnie i marketingowo przemyślał, uknuł spisek wraz z Reptilianami i Masonami, aby zawładnąć umysłem niezbyt rozgarniętego odbiorcy żeby wyczesać jak największy hajs, ale od „Lover Boy” z Dirty Dancing proszę się odwalić.

Oceana – Endless Summer

Podczas Euro miałam ochotę poprosić jakiegoś lekarza, aby wprowadził mnie w stan śpiączki farmakologicznej. Byście mieli spokój ode mnie na Facebooku i w życiu realnym, a ja bym nie musiała znosić kolejnych meczy, żuberków z puszki, WYJDZIEMY Z GRUPY, Polska jest mistrzem Polski, szlaików, studiów telewizyjnych, Natalii Siwiec i przede wszystkim O-o-o-o!

To cholerne O-o-o-O! słyszałam po kilka razy i to była jedna z cegiełek, która dołożyła się do mojej otwartej niechęci wobec Euro, stadionów i kibiców.

Gusttavo Lima – Balada

Coś ci Portugalczycy (Brazylijczycy, jeden pies) mają nierówno pod sufitem w robieniu takich koszmarnych piosenek, które słyszysz w podrzędnej knajpie w Międzyzdrojach, patrząc na to jak z ciepłego piwa ulatuje gaz. Pogoda jest zła, towarzystwo durne i pijane, pieniędzy na to żeby się nachlać i zapomniec ten wyjazd za mało, ludzi mnóstwo i nikogo z kim mógłbyś pogadać żeby trochę rozruszać swój zastały intelekt. Bo z kim? Z koksami, ich dziewczynami i gimbusiarnią z kolonii nie pogadasz. Dlatego siedzisz na tym nadmorskim zapiździu, piwo już się wygazowało, zresztą nawet jak było nagazowane to i tak było niedobre. I w tle ta portugalska łupanka, która stara Ci się wcisnąć kit o słońcu, plaży, drogich drinkach i zgrabnych panienkach w bikini. To się nazywa proza życia.

Carly Rae Jepsen – Call Me Maybe

Tę piosenkę polecił Justin Bieber. To argument, który łamie wszelkie dyskursy intelektualne poświęcone Carly Rae Jepsen. Argumentum ad Bieberum. Od siebie mogę jeszcze dodać jedną rzecz. Wkurwia mnie to, że gitarzysta z jej „zespołu” ma identyczna gitarę jaka ja mam. Tylko że moją gitarę słychać, a jego nie.

Coldplay feat. Ruhanna – Princess of China

W tej piosence wszystko jest złe. Dusza ma umęczona krwawi z tego powodu, że kiedyś bardzo lubiłam Coldplay i do tej pory dziwię się, że mnie jeszcze boli dupa gdy słyszę tę chińską tandetę. Bo przecież już w okolicach X&Y pogodziłam się z tym, że Coldplay nigdy już nie będzie takim zespołem jak wcześniej. Od Viva La Vitas I Coś tam Coś tam Coś tam zdałam sobie sprawę, że jako producenta zatrudnili chyba Piotra Rubika, gdzie wszystkie single składają się z prostych, wręcz kretyńskich melodii, okraszonych nadętą pompatycznością. I jeszcze Ruhanna. I jeszcze ten beznadziejny teledysk, gdzie ukazani są wojownicy ninja, którzy przecież nie pochodzili z Chin, tylko z cholernej Japonii.

PSY – Gangnam Style

Durna ta piosenka jest niemiłosiernie. Podkład muzyczny jak z jakieś podrzędnej dyskoteki gdzieś w Europie Środkowo-Wschodniej, niezrozumiały tekst, głupi układ choreograficzny, i całe mnóstwo innych rzeczy. Wiecie co mnie w tej piosence wkurwia? A to, że mi się podoba. I to, że ten artysta jednej piosenki nabił sobie tyle wyświetleń i tyle pieniędzy, że do końca życia będzie mógł leżeć w peniuarze na swojej sofie typu chesterfield i ładnie pachnieć. A Wy za rok, dwa będziecie się wstydzić tego, że na imprezie po pijaku próbowaliście to zatańczyć. Jeżeli już nie żałujecie. Bo dokładnie tak samo było z Aserehe. Czy jakoś tak.

Will.i.am feat. Eva Simmons – This is Love

Ta piosenka mogłaby być dobra, gdyby nie tragiczne w skutkach zaproszenie do duetu „Feata”, czyli jakiejś wokalistki z dupy, która śpiewając udaje orgazmy. Mogłaby być dobra gdyby nie to, że wszystkie złe radia to puszczają. Jestem na nie, dziękuję, pozdrawiam.

Maria Peszek – Padam

Program Trzeci Polskiego Radia dokonał czegoś, o czym wspomniałam pokrótce w powyższej piosence. Myślałam, że złe radia potrafią dobrej piosence zrobić niesłychaną krzywdę, gdy umieszczą ją w złym towarzystwie Pitbulli i innych wątpliwych sław muzyki popularnej. Tutaj bardzo dobre radio zrobiło to złej piosence i w tym przypadku współczuję radiostacji.

Padam, padam,
Jak się cieszę, że cię mam
Nikomu cię nie dam
Padam, padam.

No, Marycha, wzbiłaś się na wyżyny poezji. Wierszyków dziewczynek z podstawówki.

I teraz uwaga, uwaga!!!

werble…

Proszę Państwa! Niewątpliwy hit tego roku, najgorsza piosenka 2012!

KURTYNA!!!

!!!Enej – Skrzydlate ręce!!!

Nawet nie wiem od czego zacząć. Od teledysku, gdzie jakaś panna lata w bańce mydlanej, od wkurwiającego akordeonu, wady wymowy wokalisty czy od tego, że ta piosenka próbowała sie dostać do ucha nawet przez dupę? Nie, nie! Najgorszy w tym wszystkim jest tekst, który jest durny, nieskładny i niewiadomo o czym. Stawiam flachę temu, który mi go przetłumaczy z tego bełkotliwego polskiego na nasze i wyjaśni sens i przesłanie. I żeby to jeszcze do mnie trafiło, nie ma tak łatwo!

Mam nadzieje, że się nie pospieszyłam z tym rankingiem, bo przecież mamy przed sobą cały grudzień i może wystrzelić jakaś gwiazdka pokroju Gotye, gdzie masy będą się jarać mzuyką „alternatywną”. Nic, najwyżej poświęcę temu fenomenowi oddzielną notkę.