Nowe oblicze GównaPojebało mnie do reszty z tym kurwa Fifti Szejds of Grej. Nie wiem, jakim cudem osoba mniej więcej tak gramotna jak ja, czytająca trochę więcej niż statystyczny Polak, kupująca trochę więcej płyt niż statystyczny Polak, będąca więcej razy w teatrze i filharmonii niż statystyczny Polak, mająca IQ przeciętne i posiadająca magistra państwowej uczelni, może robić sobie coś takiego. Kurwa nie wiem. Podobnież każdy mężczyzna powinien skończyć to co zaczął, a że do tej kretyńskiej wymienianki dołączę Wam za dużo testosteronu w wynikach endokrynologicznych, dokończyłam „trylogię” Greyów.

Kurwa mać, zrobiłam to. Tak naprawdę, to nigdy nie robiłam sobie testów hormonalnych i nie wiem ile mam testosteronu we krwi, dlatego ponowię pytanie wobec samej siebie: DLACZEGOOOO?! Zmarnowałam tak dużo czasu, nabiłam sobie tyle siniaków o czoło, robiąc facepalma, wywracałam tyle razy oczami, że pewnie coś mi w nich popękało i jaskry dostanę. Pozostaje mi tylko dziękować Panu Makaranowemu Spaghetti za to, że to już koniec. Absolutny koniec. Ludzkość nie może stworzyć nic bardziej złego, bo nazizm już został wymyślony, tak samo jak karabin kałasznikowa, AIDS, muzyka Justina Biebera i Nickelback oraz filmy Uwe Bolla.

Z jeszcze większym trudem przebrnęłam przez ten językowy dramat. Jako magister filologii mam pewne zboczenie na punkcie poprawności w języku, ale zdaję sobie sprawę z tego, że sama robię mnóstwo błędów, ale do kurwy nędzy, ja nie zarabiam milionów na takiej książkowej kupie. Zmuszałam się wręcz, żeby wrócić do tego, a przyznam się szczerze, że przeskakiwałam kartki na tablecie, zatrzymywałam się na jakichś dialogach albo scenach bzykanka, ziewałam i leciałam dalej. Za każdym razem gdy brałam tableta, mój organizm bronił się jak przed fasolką po bretońsku, zimnymi nóżkami, budyniem czekoladowym i zupą mleczną z przedszkola. Jak nie dostanę od tego raka, to naprawdę będzie cud.

Ale koniec wylewania jadu po próżnicy, czas na wylanie go na treść. Treść, treść, mujborze co tam się działo w ogóle? Aaa, Wielka Pyta Z Miliardem na Koncie ożeniła się z naszym Żłobem Intelektualnym czyli nasza ulubienicą – Anastasią. Byli na jakimś tam miesiącu miodowym, gdzie w wolnych chwilach spędzali czas. Kąpali się, bzykali, pili drogie alkohole, a autorka raczyła nas prawdziwą wirtuozerią językową – zaburzoną osią czasu, która zamiast płynnie przechodzić od zdarzenia z przeszłości do tego z teraźniejszości i na odwrót, była na poziomie rozprawki gimbusiary. Mimo to i tak powodowała u mnie jedynie minę numer 34, czyli I DON’T CARE.

A zresztą, co będziemy się rozwodzić na temat jakiejś tam fabuły, skoro to jest książka o seksie. W tej części Christian postanowił zaliczyć ostatnią bazę u naszego Kopciuszka i dostaliśmy opis seksu analnego. Nie, nie będę pisać o analu, więc już się tak nie jarajcie. Gdy po raz pierwszy spróbowali pieszczot w okolicach zapomnianych przez całe piękno, Christian będąc prawdziwym mężczyzną, prawdziwym dżentelmenem  nie spenetrował Anastasii swoją anakondą, tylko palcem. Gdzie tkwi moje oburzenie? Już wyjaśniam, Kutas Wielgus po „orgazmie życia, rozkoszy, która sprawiała, że Ana rozpadła się na małe kawałeczki, a ekstaza przeszyła każdy jej zakątek ciała”… NIE UMYŁ RĄK. Jak gdyby nigdy nic leżeli sobie, a on ją dotykał po twarzy. No kurwa.

Nie, nie, to jeszcze nie wszystko. Widzicie, kochane dzieci, ta książka ma jednak coś w sobie, co sprawia, że na sto ziewnięć wykrzykiwałam „CO KURWA?!”. Nieumyte ręce po analu to naprawdę nic, przy tym cytacie (tłumaczenie moje):

- Kto czyści te zabawki? [wibratory, zatyczki analne, szczypawki do sutków i inne takie tam przyp. tłum.] – spytałam się gdy podeszłam do szuflady.
Odchrząknął ironicznie, jakby nie zrozumiał pytania.
- Ja. Pani Jones.
- Co?
Przytaknął rozbawiony i chyba zawstydzony, jak przypuszczam. Wyłączył muzykę.

Pani Jones to jego gosposia i kucharka, która jest miłą kobitką w średnim wieku. Czujecie to? Kobita musi myć jego dilda, wibratory i inne rzeczy, które były w czyjejś dupie. No kurwa, zajebiście. Ciekawe czy Krystianek przy każdej pannie, którą obracał kupował nowe zabawki? Nie sądzę, a i Anastasii widocznie to nie przeszkadzało, że kulki dowcipne miało w swoich pochwach jakieś piętnaście innych panienek. Na tym momencie wszyscy pracownicy Sanepidów dostają zawałów.

Skończmy już z bardzo przyziemnym tematem, jakim jest dupa oraz jej fekalność i zastosowanie przy osiąganiu orgazmów. Zajmijmy się czymś bardziej emocjonalno-duchowym, na przykład związkiem Anala… yyy Any i Chrześcijanina (tłumaczone przez Bing). Naszego biednego Kopciuszka, który usidlił Sinobrodego, określiłam jako Żłób Intelektualny. Dlaczego tak? Ana(l) zapomina o swoich wizytach u ginekologa. Tak, jest kretynką, ale w każdym związku również partner powinien pamiętać o antykoncepcji. No ale po co. Nie można od Christiana wymagać tego, żeby myślał o takich pierdołach, kiedy on myśli o głodnych dzieciach w Sudanie. I o cyckach. Więc Kopciuszek zapomniał o antykoncepcji (która i tak nie wymagała od niej jakichś szczególnych zdolności analitycznych) i jak wiadomo w takich przypadkach, jak to się mówi na polskiej wsi: SPOPROŁ DZIEWUCHE.

Przypominam – Anastasia i Christian są młodzi, piękni, bogaci i są małżeństwem. Co myśli Ana przed poinformowaniem Chrześcijanina o tym, że będzie ojcem? Jest obsrana po kostki, bo nigdy nie rozmawiali o dzieciach. HA HA HA HA, TY TĘPA STRZAŁO. Jednak nasza bohaterka, wypięła dumnie pierś i niczym Joanna D’Arc przeciw angielskim najeźdźcom z lancą w ręku powiedziała:

- Christian, jestem w ciąży.

Jaka jest reakcja? Christian wpada we wściekłość i wybiega. Wraca pijany i znowu zaczyna się ckliwy melodramat z najniższej półki Harlequinów, bla, bla, bla, gada coś o swojej matce, bla, bla, rzygi, rzygi, płacz, och Christian, jesteś taki piękny, ble, ble, ble. Zaczynają się znowu bzykać, zamiast normalnie pogadać. Nie, po co gadać, skoro zwykle gdy zaczyna się jakiś marnej jakości wątek psychologiczny, pojawia się wielki penis, który wszystko psuje. Jak można być taka idiotką i pchać się w małżeństwo bez wcześniejszego poruszenia tematu dzieci? Będziemy mieli, nie, nie chcę dzieci, aha, okej, sprawa zamknięta. Tę książkę powinno się wpisać do literatury fantasy, bo tacy ludzie przecież nie istnieją. Mam rację, co nie? MAM RACJĘ?!

Aaa i fabuła. Ktoś tam kogoś porwał, chyba były szef Anastasii. Pan Jack Hyde (tak, tak, jego nazwisko było zawoalowaną i metaforyczną wskazówką, puszczeniem oczka od autorki) porywa siostrę Greya. Chyba, nie pamiętam. Jakaś strzelanina była nawet, ale kto by na to zwracał uwagę, skoro człowiek jest bardziej zainteresowany śledzeniem tej żenady, która nazywa się w tej książce związkiem.

Jeśli są na tym łez padole czytelniczki, które uważają tego stalkera i mizogina za ucieleśnienie niespełnionych marzeń seksualnych i jego związek z Anastasią uważają za najszczęśliwsze małżeństwo pod słońcem, to naprawdę dziewczyny, szkoda mi Was. Spójrzcie na Anala i Chrześcijanina za jakieś 20 lat, kiedy ich bachory będą rozwydrzonymi nastolatkami z pełnym kontem, Christian znudzi się małżonką i będzie rypał koleżanki swoich dzieci, a Ana będzie gruba i będzie miała rozstępy na dupie i brzuchu. Nie, ich seks nie będzie taki jak na początku. Skoro teraz nie mają zbyt dużo tematów do rozmów, to powodzenia na przyszłość. A Grey jest bardzo wybrakowaną parodią literackich bohaterów bajronicznych.

Mujborze, zrobiłam to. Chyba muszę sobie dać w zamian jakąś nagrodę. Założę odświętną sukienkę, przepasam się szarfą z napisem „Miss Sieradza 1963″, wygłoszę ckliwą mowę o pokoju na świecie, poryczę się filmowymi łzami i podziękuję za inspirację mojej rybie.

Więcej jadu? Proszę bardzo, recenzje wcześniejszych:
2# Ciemniejsza strona Greya
1# Pięćdziesiąt twarzy Greya