Oslo to niesamowite miasto. Cieszę się niezmiernie, że udało nam się chociaż na tydzień zażyć życia w najbogatszym państwie świata i spędzić tam Sylwestra. Sama stolica Norwegii (nie licząc całej aglomeracji) ma mniej mieszkańców od Łodzi. Mimo wszystko dziwnym widokiem jest mała liczba ludzi na ulicach. Do tej pory nie potrafię sobie odpowiedzieć na pytanie gdzie są korki w godzinach szczytu, bo czegoś takiego tam nie doświadczyłam. Prawdopodobnie przyczyna leży w mentalności Norwegów i ich szacunku dla środowiska oraz w tym, że mają świetnie zaplanowaną komunikację miejską. Serio, po dwóch – trzech dniach orientowałam się w samym centrum i wiedziałam gdzie jest przystanek, w którą stronę śmignąć metrem, autobusem i tramwajem. Cud się zdarzył, bo w nowych miejscach mam zerową orientację w terenie, a ogarnięcie mniej więcej mapy Łodzi zajęło mi… nie, ja w Łodzi gubię się do tej pory.

Co jest warte do zwiedzenia w Oslo? Szczerze, to Norwegowie mają tam mało zabytków, większość to kamienice z epoki industrialnej, podobne do tych z wcześniej wspomnianej Łodzi. Podobne, bo są zadbane i raczej nie doświadczysz tam empirycznie menela ani zapachu starych szczyn. Punktów orientacyjnych jest kilka – Teatr Narodowy, gdzie jest pętla metra, Ratusz, Pałac Królewski albo Opera Narodowa. Trzeci budynek jest perełką architektury nowoczesnej. Jest tak skonstruowana, że można wejść na dach który jest niezłym punktem widokowym na Oslo i fiord. Wewnątrz opery ciekawostką jest bryła betonu, która zasychając miała obok głośnik, z którego puszczano fragmenty najsłynniejszych oper. Dźwięki „wyrzeźbiły” ciekawą formę.

Pewien Norweg zdziwiony tym, że przyjechaliśmy do Oslo na zwiedzanie, spytał się nas, co jest w Oslo ciekawego do zwiedzania, bo sam nie wiedział. Dlatego samo miasto da się obskoczyć w dzień albo dwa. Reszta to muzea, na które najlepiej kupić Oslo Pass, kartę, dzięki której ma się wejściówki do większości muzeów i przejazdy komunikacją miejską.

Będąc w Oslo koniecznie odwiedźcie Muzeum Pokojowej Nagrody Nobla. Oprócz normalnej ekspozycji, jest tymczasowa poświęcona ubiegłorocznym laureatkom. Mają wiele fajnych instalacji uczestniczących i multimedialnych którymi naprawdę można się pobawić. Nim się zorientujesz to na takich zabawkach mija każdemu po 15 minut. Kolejne to muzeum upamiętniające wyprawę Kon – Tiki. Znajduje się na półwyspie Bygdøy, podobnie jak muzeum statku polarnego Fram, muzeum folkloru norweskiego i muzeum Wikingów. Serdecznie nie polecam muzeum sztuki nowoczesnej. Może tylko ze dwie instalacje i jedna projekcja były do ogarnięcia przez nasze małomiasteczkowe, polskie mózgi, reszta to była sztuka, pokroju koncertu Zweizza. Kto nie wie o co chodzi, to niech przeczyta moja recenzję z koncertu Ulver z kwietnia ubiegłego roku. Zdewastowani wyszliśmy stamtąd chyba po dwudziestu minutach. Jeśli kogoś muzea nie interesują za bardzo, a jakieś tam pojęcie o malarstwie na poziomie podręcznika od plastyki ma, to zachęcam zajrzeć do Galerii Narodowej. Obejrzeć można obrazy plejady gwiazd, od Van Gogha przez Picassa do Edwarda Muncha, oczywiście. To właśnie w Galerii Narodowej znajdują się najsłynniejsze dzieła Muncha takie jak Krzyk i Madonna, a nie w Muzeum Muncha, na którym się trochę zawiodłam. Pięć obrazów, tylko że każdy w trzydziestu wersjach.

Mając do wyboru mieszkanie w Warszawie czy w Oslo, bez wahania wybrałabym Oslo. Nie ma tak ogromnego tłoku jak we wszystkich dużych miastach w Polsce i nawet w komunikacji miejskiej nie ma tak nasranych ludźmi tramwajów. Wbrew pozorom Norwegowie nie są ludźmi zdystansowanymi jakimi maluje ich stereotyp. Będąc w knajpach ludzie spontanicznie zagadują nawet, żeby pogadać o dupie Maryni.
- Kle kle kle habla habla kle!
- Erm, sorry, I don’t speak Norwegian.
- Aren’t you from Norway?!
- No, I’m from Poland.
- Oh yeah this round country, hehe.

I tak zwykle zaczynały się gadki na temat różnic Polski i Norwegii. Tak jak my myślimy sobie, że Norweg to blada gęba i platynowy blondyn z leczoną depresją, to Norwegowie myślą, że Polak to miły koleś, fachowiec i alkoholik. Z tym ostatnim, to szczerze mówiąc mogę im zarzucić, bo Norwegowie piją tak jak w Polsce piło się jakieś 20 lat temu. Do totalnego sponiewierania, do porzygu i urwania filmu. Przeciętny Polak w norweskim barze raczej się nie nabzdryngoli, a to z powodu zaporowych cen. Piwo w knajpie stoi po jakieś 60 koron, czyli… 35 złotych. Wiadomo jednak, że z każdego szamba da się wyjść – można okłamać Norwegów, że się prowadzi następnego dnia i brać z baru szklankę wody. Tak, brać, brać, w tamtejszych knajpach woda jest za darmo. I nie wystraszcie się tego, że najleją wam ją z kranu, bo ich kranówka jest jak nasza mineralka. Jeśli dalej mam Was podołować, to paczka fajek stoi po jakieś 90-100 koron, 2 kilogramy piersi z kurczaka jakieś 390 koron, bilet autobusowy studencki z lotniska do centrum 210 koron, dwudniowa Oslo Pass 272 koron. Studencka oczywiście, całe szczęście, że honorują legitymacje studenckie z Unii. Aha i jedna korona to jakieś 58 groszy. Jak chcecie, to sobie mnóżcie, jak nie, to zapraszam do mojej skromnej i kiepskiej galerii. Nie chciało mi się skakać z aparatem jak w Maroku, po drugie w grudniu robi się tam ciemno koło 15.