Cześć, jestem Rodia. Jestem kochankiem Parusowej i od tej pory będę pisać tu na jej stronce za każdym razem, gdy uznam, że jej tekst nie osiągnął wystarczająco wysokiego poziomu. Ktoś w końcu musi ogarniać.

ACTA, SOPA, PIPA… w ciągu ostatnich tygodni internet zdążył zamienić się ze spokojnego pola uprawnego w brutalne pogorzelisko bitewne dorównujące plaży w Normandii w 1944 r. i – tak jak zawsze – każdy, ale to każdy internauta stał się ekspertem w tej sprawie. Każdy ma swoje zdanie, każdy ma argumenty, którymi jest w stanie je poprzeć i każdy jest pewien, że te argumenty są absolutne i niepodważalne. Ale ja nie o tym miałem.

Chyba ja i Ania możemy szczerze powiedzieć, że jesteśmy ostatnim pokoleniem, które pamięta czasy bez internetu. Na pewno ja je pamiętam. Pamiętam jak będąc jeszcze małym Rodią po powrocie z podstawówki wieczory spędzałem przed telewizorem oglądając japońskie seriale na Polonii 1, a nie przy monitorze. Pamiętam wizyty u kolegów, którzy jako pierwsi podpisali cyrograf z TPSA i pamiętam ostre, kwaśne trzaski przy łączeniu się z siecią, gdy łącza telefoniczne były jeszcze jedynym na to sposobem. Pamiętam dziesiątki wizyt w rozsianych na moim osiedlu kawiarenkach internetowych, pierwsze partie z kolegami w multiplayerze Half-Life’a i Counter-Strike’a i pamiętam, gdy jako fan Dragon Balla żądny odnalezienia jakichś stron internetowych poświęconych temu anime na wakacjach uczyłem się korzystać z wyszukiwarki Google (pamiętam nawet adres pierwszej strony jaką w ten sposób znalazłem: www.dbz.prv.pl. Niestety już nie istnieje).

W kolejnych latach internet stał się dla mnie czymś tak naturalnym jak poranne śniadanie czy codzienne odrabianie lekcji. Dopiero po jakimś czasie zdałem sobie sprawę, że powinienem niebiosom dziękować za bycie tak wcześnie wystawionym na działanie światowej sieci (i komputerów w ogóle), a proces poznawania jej chyba najlepiej można porównać do uczenia się nowego języka. O tym, że powyższe porównanie jest adekwatne przekonałem się wiele lat później, gdy nauczyć się obsługi komputera i internetu próbowała moja mama, a poziom jej nieogarnięcia i nieumiejętności w opanowaniu podstawowych funkcji w tej kwestii można jedynie porównać do bezradności jakie kilkuletnie dziecko przeżywa, gdy nauczycielka angielskiego prosi go o wypowiedzenie poprawnie skonstruowanego zdania w obcym języku.

Tak się składa, że unikalna pozycja moja czy Ani – i pewnie większości czytelników tego bloga – jako przedstawicieli pokolenia nazywanego milenijnym pozwala nam jak mało komu na ocenę internetu i wpływu jaki wywarł na nasze życia. I chyba celem tego co tutaj piszę jest powiedzenie, że moim zdaniem ten wpływ nie zawsze jest pozytywny.

Ostatnio uświadomiłem sobie bardzo dziwną rzecz. Każdy z nas ma swoje osobiste przeżycia i myśli. Każdy z nas ma w życiu takie momenty, którymi nie chciałby się z nikim dzielić i każdy przeżywa takie chwile, że leży sobie na łóżku, patrzy w sufit i myśli, myśli i myśli i w pewnym momencie dochodzi do stanu, w którym gdzieś z tyłu jego głowy pojawia się bardzo silne przekonanie, że oto jego tok myślenia jest tak nowy, tak unikalny, tak prywatny i tak osobisty, że nikt inny nie przeżył tych samych myśli co my w tej chwili. Jesteśmy święcie przekonani, że stanowimy odrębne indywidualności, niepodrabialne i jedyne w swoim rodzaju. I tak rzeczywiście jest. Ale wszyscy też jesteśmy wytworami różnych czynników, które w większy lub mniejszy sposób spajają nas ze sobą. Nazwijcie je jak chcecie – ewolucja, kultura, wychowanie, fizjologia, budowa mózgu – i wszyscy istniejemy w tym wielkim kręgu kulturowo-egzystencjalnym, z którego choćby nie wiem jakbyśmy próbowali to nie uciekniemy. Zresztą ja zawsze byłem przekonany, że wszyscy ludzie na całym świecie są tak naprawdę tacy sami.

Chodzi mi o to, że internet zabrał nam to poczucie indywidualności. Pomógł nam zrozumieć i dostrzec drugiego człowieka, tak, i to jest jego zasługa, którą pierwszy zauważam i za którą jako pierwszy internetowi dziękuję. Ale od jakiegoś czasu mam wrażenie, że uniwersalna demokratyzacja sieci i jej otwarcie na innych spowodowały, że nagle jednostka stała się ogółem. Że możliwość otwartej wymiany myśli i otwartej ekspresji tej myśli nagle spowodowała, że nigdy już nic nie będzie stuprocentowo nasze. Że stopień wciśnięcia i zagłębiania internetu w nasze umysły jest tak duży, że nagle już nic sami nie mamy. Bo ludzi wokół nas – a często bardzo podobnych – jest po prostu za dużo i prędzej czy później ktoś wyrazi coś co siedzi bardzo głęboko w nas. A ja nie jestem pewien czy to dobra rzecz.

Grono, nasza-klasa, Facebook, bash.org, kwejki, joemonster.org – mam wrażenie, że każda z tych i im podobnych stron trochę dokładała albo dokłada cegiełkę do tego procesu. Chodzi mi o te wszystkie portale, których celem jest dostarczanie satyrycznej rozrywki naśmiewającej się z naszej rzeczywistości i które na tym zbudowały swoją markę. Oczywiście w tym nie ma nic złego – można wręcz śmiało powiedzieć, że tym stronom udało się wybić właśnie dlatego, że pozwolili twórcom takich przykładowych kwejków na odzwierciedlenie trosk, zmartwień czy absurdów charakterystycznych dla naszego pokolenia w stopniu perfekcyjnym.

Tylko ja się zastanawiam, w którym momencie to przestaje być rozrywką, a staje się czymś na kształt umysłowej represji. W którym momencie portale tego rodzaju tak mocno zakorzenią się w naszej osobowości, że my sami poczujemy się nadzy, poczujemy jakby nam odebrano całą naszą wyjątkowość i unikalność – bo wszystko co za takowe uważamy zostanie już pokazane i opisane przez innych w sieci. Bez przerwy pojawiają się nowe kwejki. O miłości, o rozstaniach, o ulubionych filmach, o serialach, o wszystkim tym o czym my wszyscy gdzieś tam pamiętamy po latach, co w nas siedzi i co uważamy za święte i nieporuszalne. Co chwila pojawiają się nowe memy, nowe popkulturowe trendy i twory, których linię życia mierzy się zazwyczaj w miesiącach albo nawet tygodniach (ostatnio hiciorami są Sad Keanu i paczcie niepoczebny mi własny blog, bo poczciwa Parus Hilton dała mi swój).

I ja sobie ostatnio zdałem sprawę, że im więcej widzę takich rzeczy tym bardziej czuję się rabowany ze swojej indywidualności. Nie zawsze, ale często. W tym momencie nie więcej niż minutę zajęłoby mi znalezienie jakichś śmiesznych obrazków naśmiewających się z moich ulubionych seriali z dzieciństwa i które w perfekcyjny sposób wyrażają wiele myśli, które dotychczas traktowałem za swoje i tylko swoje, osobiste do tego stopnia, że z nikim się nimi nie dzieliłem. Bo były moje. I z każdym kolejnym takim obrazkiem czuję się jakby mi je odbierano.

Nie wiem, może tylko dramatyzuję. Nie jest moim celem krytyka internetu bo i nie uważam, że jest czymś złym. Dał mi tyle i zmienił moje życie tak bardzo, że potrzebowałbym naprawdę wiele czasu, żeby się nad tym dobrze zastanowić i wymienić wszystkie jego zalety. Ale uważam poniekąd trochę za swój obowiązek wyszukiwanie dziur i wad w każdym narzędziu demokratycznego społeczeństwa, na którym mi zależy – zwłaszcza tak potężnym jak internet. Po prostu dobrze jest się chyba czasem nad tym zastanowić i nie pędzić tak szybko przez życie jak idioci. Zwolnijcie. Bo ja naprawdę bym nie chciał, żeby jednostka została zastąpiona przez masę i żeby aktualne nam stały się problemy z jakimi borykali się bohaterowie Neon Genesis Evangelion.

Rodia