Codziennie rano, bądź w piątek popołudniu upychasz swoje zycie do wagonu podstawionego na dworcu. Skład jest jak zwykle jeden, ludzi tyle, że nie ma gdzie szpiki wcisnąć. Torby wiszą nad głowami, podchodzisz do siedzącego pasażera i zadajesz pytanie „Przepraszam, wolne?”. Kiwnięcie głową. Siadasz na plastikowym siedzeniu, które trzymało już tysiące dup, zakładasz słuchawki i w taki sposób wracasz do domu.

Orientujesz się, że wszyscy dookoła to ludzie, którzy mniej więcej reprezentują Twoje pokolenie. Ludzie, którzy w większości są bez dzieciaka na karku, bez obrączki na serdecznym palcu prawej dłoni, bez swojego mieszkania na trzydziestoletnią hipotekę na jakimś smutnym blokowisku. Ostatni punkt jednak nierozerwalnie się wiąże z drugim. W większości przypadków złoto na palcu definiuje kredyt i te czterdzieści metrów na trzecim piętrze, w którym prawdopodobnie się przekibluje następne kilkadziesiąt lat, ze staruszkami za ścianą, których jedyną rozrywką jest chodzenie na cmentarz. Czterdzieści metrów wypełnione kolorowym dywanem i meblami firmy Agata, czterdzieści metrów w których spłodzisz i wychowasz swojego potomka.

Czy taki widok wagonu Cię dziwi? Nie. Jeszcze jakieś piętnaście lat temu exodus do większego miasta był rzadkością. Ale wtedy przecież było się na studiach albo w liceum i o takich rzeczach jak ucieczka kapitału ludzkiego nawet się nie myślało. Codziennie o piątej rano większość z nich wstaje i bez śniadania, po ciemku idzie na dworzec, żeby później w pociągu do pracy odespać zabraną brutalnie przez budzik godzinę. Dlaczego więc się nie wyprowadzisz tam, żeby mieć więcej czasu na spanie, większy dostęp do kultury i oświaty? Odpowiadasz różnie. Tu mam rodzinę i tu mam przyjaciół. Kocham to miasto i chcę tu mieszkać. Nie lubię dużych miast. Dojazd komunikacją miejską do pracy często zajmuje więcej niż podróż pociągiem. Bla, bla, bla.

Wielu przecież to zrobiło, otrzepało się z lokalnego idealizmu, którego często weryfikuje rzeczywistość, nazywając swój dom „smutnym, kurwim dołkiem”. Wielu też w ogóle czegoś takiego jak lokalność w ogóle w sobie nie miało i bez problemu może zastosować amerykański model przemieszczania się, gdzie z dnia na dzień rzuca się wszystko, wynajmuje mieszkanie w drugim końcu kraju i tam zaczyna pracować. Która grupa ma rację? Pewnie każda, ciekawe tylko, które postępowanie zweryfikuje życie w przyszłych latach.

Czy poprzez takie ucieczki za trzydzieści lat będa istnieć tylko wielkie ośrodki miejskie? Czy małe i średnie miasta staną się umieralniami, do których wszyscy będą jeździć na Boże Narodzenie i Wielkanoc? Odpowiedzi jeszcze w Internecie nie widziałaś/eś. W wagonie zrobiło się już duszno, a przez swoje słuchawki słyszysz czego słucha współpasażer. Właściwie dlaczego musisz to robić? Nie musisz przecież tam wracać, skoro to miasto samo Cię z siebie wypiera.

Wiesz jednak gdzie ta słoma wyrosła, która Ci z butów wystaje. Prowincjuchu.