Uparłam się przy tym, żeby nie jechać na tegorocznego Opener’a. Do Coldplay po ostatniej płycie straciłam szacunek, The Strokes składają się tylko z jednego dobrego albumu a M.I.A. na żywo śpiewa gorzej ode mnie. Zwykłam jeździć co roku i to najlepiej na cały festiwal, gdzie brało się namiot i śpiąc łapało się lumbago. Przy zobaczeniu całego line upu (i oczywiście ceny za 4 dni) powiedziałam NIE. Zgoła co innego powiedział mój Luby, który na wieść o Primusie omal się nie posikał z radości. Nastąpiła swoista zamiana ról, kiedy ja jeszcze rok temu go namawiałam na Openera, a on wykręcał się hipsterami, to teraz ja kręciłam nosem, a on piszczał „O mój Boże, Les Klajpóóóól!”.

Dlatego ruszyłam zad do Gdyni na sobotę. Szczerze mówiąc, to ja nie lubię Primusa. Staram się nie ograniczać w gatunkach, dlatego możecie mnie spotkać na koncertach metalowych jak i na setach djskich. Ale muzyka Primusa ma w sobie coś tak zniechęcającego i popierdolonego, że próbując ją ugryźć, doszło do tego, że miarka się przebrała i warknęłam do Lubego „Weź to kurwa wyłącz”. Dlatego gdy dowiedziałam się, że Primus zaszczyci Open’era,  to nie mogłam uwierzyć, że tak popieprzona / niedostępna / rednekowa / niemodna (niepotrzebne skreślić) kapela wystąpi na głównej scenie. Nie chcę nawet czytać recenzji hipsterskich nastolatek, które będą wylewać pomyje na ten koncert. No właśnie, koncert. Primus naprawdę mnie miło rozczarował. Claypool swoim głupkowatym akcentem nawiązał fajny kontakt z publicznością, która jak to ma w zwyczaju, pomiędzy piosenkami krzyczała „PRIMUS SUCKS!”. Przyznam, że tak udzieliła mi się atmosfera, że sama zaczęłam z nimi „ubliżać” Claypoolowi. Weszłam nawet w pogo, oczywiście zachowałam wszelkie środki bezpieczeństwa i higieny pracy, bo pogo tworzyli panowie po czterdziestce. Na żadnym rockowym koncercie nad głową nie przeleciało mi tyle ludzi, sama się zastanawiałam, czy nie skorzystać z okazji i również nie pójść na falę, jednak ryzyko molestowania seksualnego podczas lotu skutecznie mnie zniechęciło. Pan Les Claypool sprawia wrażenie przyjemniaczka, z którym można byłoby wychlać kilka litrów wódki, pójść na ryby i prowadzić dyskurs na temat filozofii. Ale to, co ten facet wyprawia z gitarą basową, to przechodzi ludzkie pojęcie. Nie zdążyłam się przypatrzeć jego palcom, ale jestem na 99% pewna, że są z tytanu, wolframu albo chociaż z kryptonitu. Znam bardzo mało kapel, na których basista jest na pierwszym planie. Co mamy się czarować, Panie i Panowie, każdy wie, że na bas idą osoby, które nie umieją grać na gitarze i są zbyt pizdowate, żeby być na froncie. Bas przy zakładaniu kapeli daje się zazwyczaj koledze, którego lubimy, ale nie mamy serca mu powiedzieć, żeby dał sobie spokój. Taki wypełniacz, którego nie słyszy 90% społeczeństwa. No, dobra, już, już, przecież żartuję, mój facet gra na basie, no już, basiści, otrzyjcie pianę z ust, bo wam żyłki pierdzące pękną. Właśnie zespół Primus składa się głównie z gitary basowej. Tak oryginalnej i niesamowitej, że w tagach piosenek na Winampie, wśród gatunków muzycznych jest tag „Primus”. Bo nikt nie jest w stanie jednoznacznie stwierdzić, co oni tak naprawdę grają. Porywające były dźwięki elektrycznego kontrabasu, które brzmiały jak jakieś odgłosy z piekieł. No i oczywiście gwoźdźmi programu były My Name is Mud i John The Fisherman. I chciałabym pozdrowić pana Sławka Michalaka, kolegę Lesa.

Na Księcia też się nie nastawiałam (co ja tam robiłam, w ogóle?!). Nigdy go nie słuchałam, ani nie przepadałam za jego wizerunkiem scenicznym. Jednak gdy wyszedł na środek sceny poczułam coś, co czuć mogły nastolatki w latach 70tych, kiedy muzycy rockowi byli uosobieniem seksu. Zdając sobie wtedy z tego sprawę, wykorzystywali to i karmili się wrzaskiem fanek. Powiedział jedynie „I am here” i zaczęłam piszczeć. Jedyna oczywiście nie byłam, mój głos znikł pośród jazgotu tysięcy altów i sopranów. Ubrany w złote, cekinowe spodnie i golf, Prince rzucił cały Open’er na kolana. Wszystko było tak IDEALNE, że nie potrafię wyjść z podziwu i domknąć żuchwy. Sprawiało to wrażenie wystudiowanego, wyćwiczonego przez setki godzin. Jego ruchy bioder, przeczesywanie idealnych włosów czy wypowiadane zdania, wszystko tak dokładnie przemyślane, jednak nie sprawiające wrażenia sztucznego. Osobowość (przez baaardzo duże O) Prince’a tak przyćmiła wszelkie „ale”, że nie jestem w stanie się niczego doczepić. Jego wizerunek, co tu owijać w bawełnę, jest pedalski. Nic nie mam do mniejszości seksualnych, jednak inny przymiotnik nie oddaje tego, co chcę wyrazić. Loczki, cekiny, muzyka i robienie „Ou!” jest takie niemęskie! Jednak z oczu Księcia bije taki samczy magnetyzm, że gdybym była niższa i gdyby rodzice mnie źle wychowali, to bym została jego groupie. Muzyka była tak energetyzująca, że nie widziałam żadnej osoby, która by nie tańczyła. Co z tego, że Prince zagrał tylko kilka riffów, a solówki grała mu gitarzystka? Ach i właśnie! Jak będę duża i nauczę się grać na gitarze, to będę grać u Księcia, bo on jako jedyny bierze baby do zespołu. No, ale zanim się nauczę, to Prince zdąży dziesięć razy umrzeć.

Nawet świadomość tego, że facet bierze włosy na wałki, tego, że bisy były zaplanowane z premedytacją, nie przyćmią tego, że Książę dał nieziemski koncert. Naprawdę, kto chciał jechać a nie pojechał, bo coś tam coś tam, niech żałuje. Też miałam nie jechać z tego powodu, ale Bozi dziękuję, że jednak puknęłam się w ten pusty łeb. I jak wchodził do limuzyny to wisząc na barierce wrzasnęłam z całych sił PRIIIIIIIIIIINSSSSS! A Prins się odwrócił i pomachał. Wmawiam tak sobie, że to było do mnie.

Aha i nie, nie ma zdjęć. Robiłam, ale komórką i nie będę sobie wstydu robić. No i wrzucam obiecane filmiki (edisją – filmik jeden, za Prince’a dostałam warna za naruszenie praw autorskich)