Muszę się Wam przyznać do pewnej dziwnej rzeczy. O napisaniu tej notki zadecydowałam pomiędzy kliknięciami w naszoklasowy odpowiednik FarmVille, tak zwane Wiejskie Życie. Nie, nie chcę tutaj robić reklamy, jeszcze nie jestem Kominkiem, po prostu musiałam kliknąć w tę aplikację, żeby mama i ciocia miały kolejnego sąsiada, co umożliwi im powiększenie posiadanej przez nie pikselowej nieruchomości. Tak wsadzając kolejną pszenicę do holenderskiego młyna zauważyłam (albo i nie zauważyłam), że nic nie widzę.

Cholera, słońce mi praży w monitor. Nienawidzę tego.

Już od dawna nikt nie lubi chłodu. Teraz modne jest globalne ocieplenie.

Dziwnie się czuję, odbiegając tak znacząco od większości społeczeństwa, które kliknęło „Lubię to” przy „Lato napierdalaj” albo „Zimo wypierdalaj”. Nie rozumiem tego całego zachwytu nad wystawianiem swojego skąpo odzianego, niedoskonałego ciała na zgubne promieniowanie, w celu posiadania opalenizny, która i tak po kilku tygodniach zblednie. A bynajmniej nie zakryje ona pryszczy, tylko doda wam co najwyżej krasy i uroku osobistego w postaci czerniaka i przedwczesnych zmarszczek. Jak w ogóle można mówić, że chce się upału, kiedy to przy nim wywraca się oczami, czując jak kropla potu wpływa między pośladki? Przecież wypowiadanie zdania „trzydzieści stopni w cieniu” to bluźnierstwo przeciwko całej ludzkości. Ludzkości wtłoczonej w autobus, rękoma trzymającej się uchwytów i czującej zapach spod swoich pach. W połączeniu z szczytem kataru siennego, nie ma gorszego uczucia od kichnięcia i smarkania, kiedy od upału chce eksplodować czaszka. Ach, cudowny byłby to widok, zgliszcza mózgu i śliczne smarki dookoła.

Boję się śmierci. Ha – pomyślicie – co to za zdanie wyrwane z kontekstu (żeby nie powiedzieć z dupy)? Przy dobrej Opatrzności (czy tam losie), która nie pozwoli mi zginąć jako rozjechana rowerzystka, umrę pewnie przy fali upałów na udar mózgu. Jako starsza pani z domalowanymi brwiami upadnę gdzieś przy blaszanym przystanku autobusowym, a słońce swoimi morderczymi promieniami będzie chciało wysuszyć moje, i tak już pomarszczone ciało, na wiór. Dlatego tak uwielbiam chłód, który jest rześki, dżdżysty i bezpieczny. Przy chłodzie można się opatulić ukochaną osobą, a przy upale, warcząc, odpychamy się jak dwa spocone elektrony. Przy niższych temperaturach jakże łatwiej jest utrzymać ciepło swego ciała poprzez dodanie swetra, bluzy, ciepłych kapci, aniżeli rozbierać się do rosołu i nadal stękać, że gorąco.

Przy naszej strefie klimatycznej, naturalne są blade lica i znaczący niedobór witaminy D. Dziwi mnie, że deszcz jest niemodny, a na jesień sklepy odzieżowe proponują mi sandałki. Cieszcie się chłodem, póki nie trzeba będzie iść przez miasto z bagażem, albo zakupami, kiedy żar będzie się lał z nieba. Cieszcie się chłodem, póki jeszcze do wyrzygania nie narzekam wam na pogodę.