Nowy album Radiohead to gratka dla młodzieży lubiących trudną i zmuszająca do myślenia muzykę. Zaskakuje bogactwem dźwięków inspirowanych niemieckim dubstepem i odkrywa interesujące progresywne melodie, które będą chlebem powszednim dla szukających inspiracji młodych pokoleń. To krok milowy, który zapisze się na kartach encyklopedii muzyki lat dziesiątych.

Byłoby lepiej dla mnie i społeczeństwa, gdybym nie przerywała tych celebracji i nabożeństw nad nowym albumem ukanonizowanego i uświęconego Radiohead. Jednak nie byłabym sobą gdybym nie spuściła od czasu do czasu nadmiaru żółci z wątroby, zwłaszcza na zespół – sacrum, któremu należy oddawać cześć i pokłony. Trudna to będzie rozprawa dla mnie, jako zwykłej szczekającej bez sensu ignorantki, bo kontra dla czegoś, nad czym krytycy uprawiają niemalże publiczną masturbację, może spowodować, że po prostu mnie poniesie i zacznę rzucać mięsem. A to zdecydowanie umniejszy mój i tak mały rozumek.

Proszę państwa, śmiem stwierdzić, iż nikt nie lubi jęków i zawodzeń ludzi, którzy sięgają nam pod pachę. A może ktoś lubi? O, widzę dwie osoby na sali, które podniosły rękę. Uznaję was za błąd statystyczny. Taki właśnie jest Thom Yorke. Ooooooooooch, miaaaaaa mmmm łóóó Thom Yorke! Wieszcz dzisiejszych czasów, śpiewający o tym jakie życie jest trudne. Tematyką swą Ameryki nie odkrywa, ale większość tekściarzy pisze właśnie o tym. Więc dlaczego śpiew Thoma Yorka jest taki irytujący? Dlaczego jednocześnie jest tak niesamowicie nudny?

Będąc młodą samicą bez wykształcenia muzycznego, niepotrafiącą rozróżnić falsetu od G5, jestem w stanie ubrać w słowa jego… no niech będzie. Głos. Jest to skrzyżowanie dźwięków dochodzących z ofiary dresa, która liczy swoje zęby na chodniku z ukrzyżowanym przez Rzymian Izraelitą. Aż czasem ma się ochotę paść na kolana i zapłakać niczym Maria Magdalena.

Nowy album to była świetna okazja do ucieleśniania swojego zdania na temat zespołu tak alternatywnego, że aż ma więcej odsłuchań na Last.fm niż U2 i The Rolling Stones. Czytając recenzje The King of Limbs ma się wrażenie, że  do czynienia się ma z albumem roku, który już w lutym zdeklasował wszystkie inne dzieła, które mają być wydane w 2011, ale jeszcze nawet nie są w planach. Ich romans z elektroniką, w trakcie trwania separacji z gitarami wywołuje takie zachwyty wśród studentów noszących grube, czarne oprawki, że zastanawia mnie jedna istotna sprawa. Gdyby Radiohead ulepiło takie hybrydy z jakiś przypadkowych  dźwięków, powyrywanych z kontekstu modnego dubstepu, popieprzyło rytm i obsypało to miałkliwym wokalem, a całość wyprodukowało dla jaj, w jeden dzień, będąc pod wpływem jakichkolwiek substancji halucynogennych, to czy ktoś od razu by zakrzyknął „Król jest nagi!” czy nadal wszyscy przeżywali by zbiorową, niemalże seksualną, rozkosz? Obserwuję to już teraz – album, który jest zaledwie dobry i ginie pośród innych dobrych albumów, jest wynoszony pośród jazgotu na drzwiach niczym martwy bojownik Hezbollahu.

Szyld „Radiohead”, który odbija się w inteligenckich okularach niczym broadway’owski neon, daje efekt klakiera. Gdzieś na sali odzywa się jeden cichy oklask i doprowadza on niczym kula śnieżna do zbiorowej euforii. Przy ciągłym zachwycie to już się staje nie dość, że nudne, to jeszcze obumierające. Kolejny REWELACYJNY album Radiohead. Tak rewelacyjny, że po miesiącu stoi na półce i dzielnie ściąga kurz.

Radiohead jest dla mnie po prostu zespołem jak setki innych dobrych, brytyjskich kapel, które całkiem nieźle, kiedyś tam, dawały radę. Jednak czuję się teraz jakbym napluła na hostię i wystąpiła z plastikowym mieczykiem na cały zastęp anielskiej armii. Skąd to uczucie?