Wczoraj byłam na filmie w kinie. Był to film dokumentalny. Film był o festiwalu muzycznym z Danii. Nazywa się Roskilde. Film podobał mi się średnio. Dobra, sorry za ten szkolny styl, ostatnio zaczytałam się w blogu jednego z kandydatów na prezydenta Sieradza i stąd to się wzięło. Widziałam wczoraj film dokumentalny, w ramach Nordland Art, o jednym z największych festiwali muzycznych na świecie, który co roku ma miejsce w Danii w pod miastem Roskilde. O festiwalu, który jest niemal wydarzeniem kultowym i przedłużeniem modły woodstockowej.

Event został świetnie ukazany „od kuchni”. Hierarchicznie – od służb porządkowych do samych organizatorów. Żadna z tych grup nie miała lekko, bo trudno jest zapanować nad taką rzeszą (w większości) pijanych ludzi. Problemy porządkowych dotyczyły nie tylko przepuszczania ludzi na bramkach ale też do ganiania niezdyscyplinowanych festiwalowiczów i gaszenia płonących namiotów. Również organizator opowiedział o tym, jak z jego punktu widzenia wyglądał incydent mający miejsce przed koncertem Pearl Jamu. Sam facet był dosyć zabawnie przedstawiony. No, z tym przysłówkiem z poprzedniego zdania można polemizować, ale inaczej nie nazwałabym gościa, który sobie siedzi, za nim rozwijane tło i gada w większości rzeczy które są tak nudne i oczywiste, że aż widzowi zachciewało się pieprznąć wszystko i wyjść. Jeszcze ta konwencja monologu siedzącego eksperta kojarzyła mi się z reality show z MTV.

Festiwalowicze. Trochę byłam zaskoczona ukazaniem społeczności jako nieokiełznanej, pijanej i naćpanej watahy, która nie przyjechała zobaczyć koncertów, tylko przyjechała po to, żeby naszczać komuś na namiot. Nie chcę być tutaj odbierana jako osoba pruderyjna, bo rozumiem, jest impreza to można się nawalić i to niekoniecznie samym alkoholem. Jednak było to trochę krzywdzące dla ludzi, którzy imprezowali i trzymali w miarę kulturalnie fason, nie robiąc naokoło demolki wszystkiego co nie jest płaskie. Moje zdziwienie jest spowodowane tym, że jedynym festiwalem po jakimś się rozbijam z namiotem to Heineken Open’er, a tam takich rzeczy na taką skalę nie ma. Owszem, pewnie zdarzają się incydenty, jednak nie widziałam dużo ludzi, którzy byli tam napierdoleni jak świnie. Być może jest to spowodowane tym, że jak na nasze dochody, to Open’er jest drogi i szkoda by było nic z niego nie pamiętać. Być może dlatego, że jest to festiwal lansiarski i pełno tam panienek z dobrego domu, a obrzygać sobie nową sukienkę? Nie no, to nie przystoi. Co jest przyczyną? Pewnie jedno i drugie. Jednak na Roskilde było coś, czego na Openerze jest jeszcze mniej niż naprutych ludzi. Mianowicie akcje. Zakochałam się w gościach, którzy byli superbohaterami, w ich gadkach (Wezmę całą przestrzeń zgniotę ją i uformuję kulę! Będzie to dyskotekowa kula! WIELKA DISKOPRZESTRZEŃ!) i samej prezencji (grubas przebrany za Człowieka Bąbla – biały kombinezon w kolorowe grochy i skarpetki w majtkach). Coś jeszcze? Brutalni Piraci Żądający Cycków czy biegi przełajowe nago. Owszem widziałam na Heinekenie gości przebranych za Village People czy za pingwiny i hipopotamy, ale wszyscy byli cudzoziemcami.

I największy minus. Coś co jest gwoździem programu każdego festiwalu, a zostało potraktowane w tym dokumencie jak niechciane dziecko. Muzyka. Podkłady były złożone z piosenek ładnych, ale tak smętnych, że w kilku momentach zaczynało mnie to męczyć. Same urywki koncertów tych niesmęcących (Mnemic, Placebo no i może Mew) były pokazane tak, jakby zespół grał do pustej sali. Tańczących ludzi przedstawiano w urywkach, co pewnie miało nadać dynamikę, a było irytujące. Być może naoglądałam się zbyt dużo koncertówek, gdzie widok pulsującej widowni sprawia, że wszystkie włosy się jeżą. Jeżeli chodzi o ukazanie kapel „od kuchni”, to zaszczyt otrzymały właśnie wcześniej wymienione Mnemic i Placebo. Pierwszych mieliśmy okazję zobaczyć już w autobusie, gdzie widać było radość gości po zobaczeniu pomarańczowej sceny, na której mieli za kilka godzin zagrać. Z ujęcia na ujęcie radość ustawała, a na jej miejsce wchodził stres. Stres tak duży, że wokalista nie wytrzymał i zrzygał się w kącie. Placebo też zaliczam, bo pokazano jak Brian Molko pije wodę przed wyjściem na scenę. Ekscytujące, naprawdę. Przez potraktowanie muzyki drugorzędnie, ba, czwartorzędnie, uznałam, że lepiej się ogląda programy na TVN Style.

Akcja dokumentu była tak wolna jak procesja kościelna, a przypominam, że był on o festiwalu muzycznym. Nie zachęcił mnie szczerze mówiąc do sprzedania nerki i wydania 300 euro na ten spend. Mam wrażenie po tym, że jedyne życie toczy się na polu namiotowym, na terenie imprezy jest nudno jak 150. Chyba wolę Openera, tam jest nudno  i na polu namiotowym i na polu festiwalowym. I przede wszystkim jest taniej.

A tak z innej beczki. Odzywa się we mnie to co wpoił mi mój poprzedni kierunek. Patrząc na to z punktu widzenia rozwoju miasta i regionu, zorganizowanie takiego festiwalu jest potężnym zastrzykiem pieniędzy i promocji. Roskilde jako miasto to… wpizdówek. Mówię tak, bo moi „wielkomiejscy” znajomi z Sieradza tak właśnie go nazywają, więc pozwolę sobie zaczerpnąć tej terminologii. Tak, wiem, że to nierealne. Pewnie organizatorowi Roskilde też tak mówili.