Nie wiem czy się Wam przyznałam do tej życiowej cezury, ale skończyłam studia. Nie, nie dzisiaj ani nie wczoraj, tylko jakiś czas temu. Ci co mają wiedzieć to wiedzą, a ci co nie mają to nie dowiedzieli się, bo nie wywrzeszczałam na Facebooku „Jestem paniom magister!!!111 :))))))”. Bo i po co, tytuł magistra czynił kimś lepszym w oczach innych jakieś dwadzieścia lat temu, ale niestety nie dzisiaj. Bo przecież nie skończyłam żadnego uniwerku bluszczowego ani Cambridge.

Ale nie o tym miałam dzisiaj napisać, nie chce mi się kolejny raz wrzucać na system oświaty, na to że wszyscy kończą jakieś gówniane kierunki, a potem się dziwią że roboty nie ma, tylko tak pomyślałam, że warto zrobić taki rachunek sumienia po tych pięciu latach. Ocalić od zapomnienia perły na które się natknęłam w tym swojskim, łódzkim syfie. Tak że sobie po paru latach, w papilotach, podomce i antygwałtach, trzymając szóstkę dzieci na kolanach, przeczytam tę notkę i powiem „Taaak, tak właśnie było”. Tymi perłami byli, jak się domyśliliście, sąsiedzi.

Pierwszym przykładem, który chciałabym wspomnieć jest sąsiadka, która w sumie na ten status nie zasługiwała. Mieszkanie było wynajmowane w łódzkim Śródmieściu, gdzie wszystkie inne mieszkania dookoła były przerobione na gabinety i biura, a kilka studenciar nie pasowało do tego środowiska. „Sąsiadką” była pani psychiatra, która przyjmowała pacjentów dwa razy w tygodniu. Pacjenci nie byli wyjęci jak z „Lotu nad kukułczym gniazdem”, tylko jak z filmów Kusturicy, co mnie trochę dziwiło. Czarne, skórzane kurtki, wyżelowane włosy, grzebień w tylnej kieszeni spodni, często złoty łańcuch i lakierowane buty ze szpicem. Ewentualnie typ dresa z Limanowskiego, któremu się finansowo udało (taki dres bez dresu). Na każde zaczepki pacjentów numer jeden odpowiadałam uprzejmym „spierdalaj waść”. Drugi typ mnie nie zaczepiał, bo widocznie mam za małe cycki. Jakiś czas po wyprowadzce z ciekawości wpisałam w Google panią psychiatrę. Kopytami się prawie nakryłam, gdy wyskoczyła sama największa prasa publicystyczna pokroju Polityki i Newsweeka. Okazało się, że pani doktor wystawiała łódzkim gangsterom lewe zwolnienia w trybie hurtowym, a ja nieświadoma zagrożenia płynącego od brzydkich panów z aparycją nuworysza, używałam wobec nich wulgaryzmów. A gdybym wiedziała, to bym spychała ich ze schodów. Aby łódzka ośmiornica mnie gdzieś w ciemnym rogu nie zadźgała, uszyłabym sobie kostium superbohaterki, wybiegała z windy przy motywie muzycznym z „Nikt się nie spodziewał hiszpańskiej inkwizycji” i patrząc jak źli ludzie łamią karki kiwałabym głową z uznaniem dla siebie samej.

Drugi przypadek był o wiele cięższy niż pierwszy. Cięższy wagą i uciążliwością. Nie sądziłam, że kiedykolwiek zacytuję Kukiza tutaj, ale była to rodzina słowem silna. Klasyczny przykład patologii z łódzkich Bałut, który składał się na babkę, dziadka i wnuczkę, z czego ta pierwsza terroryzowała tych drugich. Babka zaczynała koncert dawać około godziny siódmej, krzyczała na wnuczkę używając zwrotów, które zwykle się cyklicznie powtarzały w zależności od pory dnia:
- Wstawaj kurwa!
- Idziesz do szkoły czy nie, kurwa?!
- Ty głupia kurwo!
- Żryj to śniadanie, kurwa!
- Ty głupia kurwo!
- Zaraz ci przypierdolę!
Na co wnuczka płaczliwym, gimbusiarskim głosem odpowiadała:
- Oooodwal sięęęę.
- No daj mi spokóóóój.
- Tabletki wziełaaaaaś?!
Na początku było nam szkoda młodej, która nie wyglądała na jakiegoś małego kurwiszona, tylko raczej na góra czternastoletnie, zahukane, pryszczate dziewczę z krzywymi zębami i tłustymi włosami. Każdy by tak wyglądał gdyby miał taką babkę w domu, która od rana zaczynała siać terror. Linia ognia starej baby przeniosła się piętro niżej na nas, a punktem zapalnym były papierosy, których ona nienawidziła, a 3/4 nas miłowało. Do kanonicznych tekstów doszedł nowy - „Znowu te kurwy z dołu palą!”, a że baba nie mówiła normalnie, tylko pruła to swoje stare japsko, wszystko było słychać. Pierwsze starcie odbiło się na współlokatorce, która paląc na balkonie, oparła rękę o barierkę, chcąc strzepnąć popiół z dopiero co odpalonego cienkiego LD. Suddenly stara baba wylała na jej rękę wodę z wiadra, wrzeszcząc „Kurwa, okna nawet nie można otworzyć, gówniary jebane!”. Następna eskalacja konfliktu była już bardziej bezpośrednia. Kiedy w pokoju współlokatorki można było zawiesić siekierę na dymie, rozległo się łomotanie do drzwi. Wstałam i otworzyłam. Stała tam typowa stara baba z niepełnym uzębieniem i moherowym berecie na głowie (swoją drogą to się nazywa wierność ideałom, w berecie nawet po domu). Rzekłam do baby „Słucham panią?” a baba się zapowietrzyła, lekko zatrzęsła ze złości i zaczęła zdanie od „Kurwa, znowu palita!”. Dialog potoczył się dziwnie, bo górę nade mną wzięła chęć obserwacji starej baby w berecie, która w uprzejmy sposób prosi młodych sąsiadów o niepalenie papierosów, bo jej śmierdzi w mieszkaniu. Dlatego stałam i z lekko opuszczoną żuchwą patrzyłam się na nią jak ciele w malowane wrota, podczas gdy ona na mnie złorzeczyła i coś mówiła o wnuczce, która ma nauczanie indywidualne w domu. Inną reakcję miały współlokatorki, które wypadły jak głodne amstaffy i zaczęły w równie salonowy sposób polemizować z sąsiadką. Ja zaczęłam się kręcić w kółko, pozostając w dylemacie – czy mam lecieć i szukać telefonu, nagrać całe zajście i mieć hit na YouTube, czy nie uronić ani jednego słowa i dalej prowadzić obserwację uczestniczącą. Wybrałam to drugie. Baba zaczęła straszyć sądem, policją, spółdzielnią i piekłem, wycofała się i krzycząc coś o komorniku weszła po schodach i pierdolnęła drzwiami. Tyle ją było widać, szkoda, że słychać ją było nadal. Nie ograniczając się w swoim nałogu, siedziałyśmy jak Ruskie przed akcją i nasłuchiwałyśmy gdy wybuchała kolejna awantura na linii babka – wnuczka. Wtem ku naszej diabolicznej uciesze padł tekst „Gdybyś kurwo się w krzakach nie kurwiła, to byś brzucha nie miała!”. Obraz wnuczki, która była po prostu dla nas brzydką i nieszczęśliwą gimbusiarą trochę podupadł. Rozwiązania się nie doczekaliśmy, interwencji sądu rodzinnego również, bo weszła proza życia i umowa na mieszkanie się skończyła.

Nie wiedziałam, że ten post wyjdzie taki długi i powiem szczerze nie chce mi się już opisywać reszty sąsiadów, którzy mieli rozwydrzone dzieci, które wyły i przygotowywały się do startu w Wielkiej Pardubickiej, sąsiadów z za głośnymi orgazmami czy miłośnikami wiertarek udarowych. Być może o nich też kiedyś urodzę notkę, jak będę miała mniej płodne dni w swojej „twórczości”. Dlatego całuję Was w czółka i życzę miłego, niedzielnego wieczoru.