Rzadko się zdarza, żeby na jednej scenie, jednego wieczoru wystąpiło tyle GWIAZD. No dobra, ostatnie słowo jest mocno hiperbolizowane, ale jednak szanuję kapele za to, że zebrali się do kupy i że przez tyle lat nie posprzedawali jeszcze gitar. Dajecie mi dobry przykład, bo ostatnio przeszła mi myśl przez głowę, żeby opylić mojego Washburna. Mea culpa.

Na początku pragnę poinformować, że to był dla mnie koncert z półki „nie znam”. Nie wchodziłam na MySpace kapel, bo nie jestem łowcą głów i nie zajmuję się wydobywaniem brylancików spośród gówna. A na fenomen Arctic Monkeys nie liczyłam, bo każdy podwórkowy zespół ma 99,9% szans, że nawet się nie zbliży do miana fest kapeli. No dobra, Ovo posłuchałam kiedyś tam, ale wcześniejsze podtrzymuję. Wydarzenie wiekopomne na naszym obejściu, po prostu nie wypadało tam nie być.

Trafilibyśmy jeszcze na Zemstę Nietoperza, ale… Co tu mam was okłamywać. Za długo się malowałam. Dlatego dotarliśmy na końcówkę legendy legend sieradzkiego półświatka muzycznego, której nigdy nie było mi dane zobaczyć. Nameless. Szczerze mówiąc, w porównaniu z innymi kapelami, pod względem piosenek, wypadli całkiem ciekawie. Potrafiłam rozróżnić jedną piosenkę od drugiej, nie mówiąc już o szlagierze, którym przed laty jarała się młodzież z rocznika późno ’70 i wczesno ’80. Jak to stwierdził Mój, piosenka Bezimienny niegdyś była hitem długowłosych z rozdwojonymi końcówkami i obutych w glany. Faktycznie jest dobra, ale z glanów już dawno wyrosłam i jakoś nie trafiała zupełnie na długości moich fal. I basiście odpiął się kabel w pewnym momencie i przez jakieś trzy minuty nikt się nie skapnął, że w odsłuchu nie ma basu. Kolejne potwierdzenie, że basiści zapełniają tylko puste miejsce na scenie, bo bez nich jakoś tak by to wszystko głupio wyglądało.

Abderyta. Do końca przekręcałam ich nazwę na Aberyta, Aderyta, Adbecośtam. Jedyna kapela, o której w ogóle, nic kompletnie nie słyszałam. I miło mnie zaskoczyli, a zwłaszcza wokalista. Na początku myślałam, że będzie na siłę skupić uwagę publiczności kiepską konferansjerką, a okazało się, że facet ma predyspozycje do bycia frontmanem. Zdziwiły mnie opowieści o koncertach z 1992 roku, kokieteryjnie stwierdzę, że nie wyglądają na tyle. Jeżeli chodzi o muzykę, to miałam polew z tekstu piosenki Ikar, bo brzmiał jak z repertuaru Ich Troje. Trochę też ogarniał mnie śmiech, jak do innych ballad dzieciaki robiły headbanging przy barierce, ale taka ich rola, w wieku 15 lat też chciałam, żeby mnie potem przez następny tydzień kark napierdalał. Całe szczęście, że jestem już duża i nie robię takich rzeczy, bo takie coś nie pasuje do koloru mojej torebki.

Była legenda, były ballady, teraz czas mocnego pierdu prosto z szatańskiej dupy, czyli Hezgon! Raj dla podbarierkowej młodzieży, bo namachały się głowami na cały rok. Jako że część zespołu znam, postaram się być miła. Najmocniejszym punktem jest niewątpliwie perkmen, który jak potem się okazało, jest moim kolegą z przedszkola, z którym przetańczyłam kiedyś cały bal choinkowy. Podobno basista też dawał radę, nie wiem, podtrzymuję swoje wcześniejsze zdanie o basistach. Wokalista. Jest on bardzo dobrym showmanem, uraczył publiczność graniem i aktorskim śpiewaniem na kolanach a to nieźle odwracało uwagę od tego, że po prostu nie umie tego robić. To znaczy, klęczeć umie, śpiewać nie. Wydrzeć z resztą też nie. A i angielski – słowo ból wymawiamy pejn, a nie pajn. Pine to sosna. Wyszło, że śpiewasz Nigdy więcej sosen! Ale nadrabiasz ruchem scenicznym, Szczepkie! No i został Sergiusz. Serdże, kochanie, słychać Cię w ogóle nie było, następnym razem wrzaśnij do dźwiękowców i podkręć się trochę. Jeżeli chodzi o piosenki, muzycznie i literacko nie były to wyżyny na miarę Tool’a, jednej od drugiej nie rozróżniałam, ale koncert był najbardziej energetyczny ze wszystkich na jakich dane mi było być wczorajszego wieczoru.

Ovo. Zespół, który wydał płyty (!) CZTERY (!!!) i prezentuje już pewien poziom. Grają i śpiewają dobrze, słychać to zwłaszcza na wcześniej wymienionych płytach (a byłam święcie przekonana, że wydali dwie), jednak moim skromnym taką muzyką trafiliby w target światka muzycznego w latach 90tych, kiedy to wszyscy zachłystywali się britpopem. Dzisiaj jest to miłe dla ucha i nic poza tym. Nie wiem, ale coś jest nie tak. Widziałam ich już kilka razy i nie jestem w stanie wyrobić sobie o nich zdania. Co to sprawia? Nijakość? Nie mój deseń? Niby wszystko okej, ale jednak coś, nie trzeszczy mi z nimi. Kompletny brak odczuć.

Niestety w połowie Ovo było już mi tak zimno, że zmyliśmy się do knajpy. Szkoda, chciałam zobaczyć młodzików z Mentally Blind, no cóż chłopaki, jak zorganizujecie koncert w Kredensie, to chętnie wpadnę. Niestety zamiast ubrać się zgodnie z panującymi warunkami, wolałam się odstrzelić jak stróż w Boże Ciało.

Idea koncertu była wspaniała, bo bardzo miło kojarzą mi się koncerty na zakończenie lata, na amifiteatrze. Kiedyś też stałam przy barierce i narażałam odcinek szyjny na wypadnięcie dysku. Teraz uważam to za durne, ale przyznam szczerze, że na Lipali też machnęłam ze dwa razy głową. Ha, jeszcze mogę. Jeszcze więcej koncertów, zanim towarzystwo spierdoli z tego miasta, mówiąc i plując przy każdej okazji, że w tym wypizdówku się nic nie dzieje. Ale wyrośliście tutaj, a korzeni sobie nie wytniecie. Nawet w pierdolonej Warshaffce.