Stwierdzono zgon około 2004 roku, więc nie dokonuję teraz żadnego wiekopomnego odkrycia. Niektórzy popatrzą na ten tytuł z politowaniem i stwierdzą, że przecież ona nigdy nie istniała, niektórzy natomiast zapieklą się i powiedzą, że pierdolona gówniara znowu podskakuje jak wesz na patelni.

Sieradzka scena rockowa jest trupem i nawet mi jest ciężko o tym pisać, bo od kilku lat byłam z tymi co nie dopuszczali do siebie tego faktu i twierdzili, że wszystko jest w porządku. Jak najbardziej nie jest. Strasznie smutno mi z tego powodu, że muszę krzyknąć do niektórych, że coś na czym się wychowaliśmy, leży na środku i śmierdzi, a my wykonujemy dookoła niego taniec Indianina.

Nie ma nic złego w reanimacji (tak, reanimacji, specjalnie użyłam tego słowa) zespołu Nameless, nie ma też nic złego, że się zebrali do kupy i grają. Ale złe jest to, że te koncerty to jedno wielkie wspomnienie, podróż w czasie i czkawka przeszłości. Poza tym echem i Ovo (które co samo może zrobić?) nic już nie stanowi tutejszej, podwórkowej sceny rockowej.

Koncert i granie w kółko tej samej setlisty, to dreptanie dookoła własnej osi i powtarzanie niczym mantrę „jest super”. Nie jest super, pełna widownia w POKu już nie wróci a twierdzenie, że świetnie się bawimy to jak malowanie starej baby i wciskanie kitu sobie i wszystkim innym, że ona ma 20 lat.

Tyle lat już minęło i ten koncert powinien być dość bolesnym wspomnieniem dla was, moi bezimienni (dobrze Julek wszystkich podsumowałeś). I za miesiąc nie będzie kolejnej trzynastki. Nigdy nie będzie.