sixtoWiem, że jaranie się filmem „Sugar Man” było modne jakieś dwa miesiące temu, ale cóż począć. W przepastnych odmętach dysku i półek w pokoju mam mnóstwo zakolejkowanych filmów, które mam obejrzeć już od stu lat. Ale nie o tym przecież będzie ta notka, tylko o fenomenie Sixto Rodrigueza. Na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku pewien facet z gitarą, włóczący się po przedmieściach Detroit nagrał dwie płyty, które miały mu dać sławę większą niż Bob Dylan. Jakieś nieznane nikomu czynniki wpłynęły na to, że Rodriguez sprzedał w Stanach prawdopodobnie… sześć płyt. Sześć płyt, które należały do twórców płyt i ewentualnie ich dzieci.

Po wielu, wielu latach okazuje się, że „Cold Fact” był absolutnym hitem w Republice Południowej Afryki. W każdym liberalnym i inteligenckim domu winyl leżał obok „Abbey Road” i innych sztandarowych płyt, które powinien znać każdy. Tamtejsza młodzież znała teksty na pamięć, a niektórzy pokusili się nawet o opinię, że słowa piosenek dawały siłę opozycji do zwalczania apartheidu. A sam Rodriguez żył ponoć w nieświadomości, dorabiając sobie na budowach w Detroit.

Film składa się z trzech części. Pierwsza to historia muzyki Sixto w RPA oraz ukazanie politycznych przemian, które, jak wspomniałam, były idealnym tłem do tekstów Rodrigueza. Tekstów, które trafiły na idealny grunt w głowach liberalnej młodzieży. Druga część to śledztwo, czyli tytułowe szukanie Sugar Mana. Bohaterami są dziennikarze muzyczni, którzy za czasów szczeniackich żyli miejskimi legendami, jakoby Rodriguez strzelił sobie w łeb na scenie, ewentualnie podpalił się na niej w imię wolności, a w najbardziej przyziemnym przypadku zaćpał się. Od słowa do słowa postanowili się dowiedzieć w końcu, jak naprawdę ich idol zmarł. Wiedzieli, że jest Amerykaninem, jednak w czasach, gdy Internet leżał w obsranych pieluchach, wcale nie było tak łatwo dotrzeć do jakichkolwiek informacji, które gniły gdzieś zakurzone po drugiej stronie oceanu. Zaczęli szukać więc wskazówek w tekstach, które szybko zaprowadziły ich donikąd.

Polecieli więc (w 1996 albo 1997 – zapamiętajcie) za ocean, do producenta „Cold Fact”. Clarence Avant, zamieszkały w Hollywood, to emerytowany producent, który czuwał nad karierą między innymi Milesa Davisa. Avant nie przebierając w słowach wyjaśnia, że płyty Rodrigueza to perełki, które odniosły porażkę na całej linii. Tutaj chciałabym zwrócić uwagę na to, że ten fragment jest manipulacją w krystalicznej postaci. Dziennikarze z RPA rozmawiali z Avantem w drugiej połowie lat 90., a nagranie było w HD. Dlatego przy kręceniu dokumentu odtworzono rozmowę, a sam producent wykazał się całkiem niezłym talentem aktorskim. Okej, nie jest to czyn zabroniony przez jakąś konwencję twórców, ale w tym momencie „Sugar Man” powinien być dokumentem fabularyzowanym.

Samo śledztwo było naprawdę naciągane i naprawdę wierzyć mi się nie chciało, że dziennikarze mówili „postanowiłem dać sobie spokój”. Rozumiem, że to była era bez Internetu, a bilety lotnicze z Kapsztadu do Chicago nie były tanie (pewnie nie są nadal), ale trochę zaśmiałam się w duchu, gdy najpierw szukając wskazówek w tekstach, nie sprawdzili wszystkich nazwisk, które widniały z tyłu okładki. Sprawdzili po jakimś czasie i cudownie trafili na faceta, który był przy nagrywaniu płyt Sixto. Mike Theodore uświadomił Afrykańczyków, że Sixto wcale się nie zastrzelił, nie podpalił i nie zaćpał, ba, ma się całkiem dobrze, żyje i pracuje w Detroit. I znowu na tym momencie pusty śmiech mnie ogarnął, bo dziennikarze znowu stwierdzili „Aha, żyje, na tym koniec naszej przygody, wracamy do RPA”. Kto przed samą metą mówi sobie „E, jestem metr przed końcem, ok załatwione”? Dopiero jak odezwała się do nich sama córka Rodrigueza, bohaterzy wpadli na pomysł: „Może jednak sprowadzimy go do Kapsztadu i zorganizujemy mu jakiś koncert”. Albo najlepiej dwa. Albo więcej.

I dotarliśmy do trzeciej części filmu, gdzie pojawia się tytułowy bohater, szukany niemalże technikami podpatrzonymi w Interpolu. Rodriguez jest zaskoczony, twierdzi, że nic nie wiedział, wsiada z córkami i gitarą w samolot i zaczyna dawać koncerty przed zauroczoną publicznością. Twórcy filmu przedstawiają go jako człowieka, który zawodowo dał sobie spokój z muzyką, no od wielkiego dzwonu coś tam może po kątach w domu grał. Jednak nie śpiewając ileśtamdziesiąt lat, powrót do sprawności wokalnej jest zadaniem prawie niemożliwym. Sixto absolutnie nie miał problemów ze strunami głosowymi. Okej, może się czepiam. Manipulacją jest również to, że właściciel wytwórni robił przelewy za tantiemy do wytwórni w Stanach, a Rodriguez nic nie wiedział, że tysiące dolarów z RPA przelatuje mu koło nosa. Gdyby został oszukany, od razu byłoby wiadomo, że ma wygrany proces o odszkodowanie w kieszeni. Żadnego procesu nie było, a przecież mógł się upomnieć o pieniądze, skoro wszyscy twierdzą, że nic nie wiedział.

Manipulacją jest też fakt, że według twórców „dokumentu” po wydaniu drugiego krążka, Sixto dał sobie spokój z muzyką i poszedł zarabiać na budowie. Nie. Płyty sprzedawały się również w Szwecji, Australii i Nowej Zelandii, gdzie nota bene grywał koncerty w latach osiemdziesiątych. Jakby tego było mało, jego piosenki pojawiały się w filmowych ścieżkach dźwiękowych.

I jeszcze jedno – zachowanie współpracowników Sixto i znajomych przed kamerą. Nie mówię o córkach, które zachowywały się całkiem normalnie, jak to 95% ludzi przed kamerą, tylko o dwóch gościach z Detroit. Faceci, którzy pracują fizycznie, przypuszczam, że nie mający wykształcenia, zachowują się jakby żadnej kamery przy nich nie było. Razi w nich dość wyszukane słownictwo oraz zero spięcia w obecności ekipy filmowej. Owszem, może akurat tak się trafiło, że znajomi Rodrigueza to wartościowi ludzie, którzy bardzo się minęli ze swoim powołaniem. Ale ja w to nie wierzę.

„Sugar Man” to fajnie zrealizowana opowiastka o człowieku, który żyje niczym Kopciuszek. Poznaje księcia z RPA i zaczyna drugie życie. Warto posłuchać muzyki Rodrigueza, chociaż po jednym dniu znudziła mi się. Oglądać jak film fabularny, bo jako dokument to w 50% lipa, manipulacja, naciąganie i zamiatanie faktów pod dywan. Przyjemne kino na niedzielę, przy którym nie myślcie za bardzo, bo się wkurwicie, że twórcy trochę z Was robią kretynów.