coverKażdy kiedyś przechodzi przez różne gatunki literackie. W liceum wałkowałam siostry Bronte i inne romansidła z tamtej epoki, na początku studiów zaczytywałam się w horrorach. Przypuszczam, że teraz przyszedł czas na powieści szpiegowskie. Ale nie tam fikcje i bajdurzenie o martini wstrząśniętym niezmieszanym i tajemniczych agentkach femme fatale z wielkimi cyckami. Takie prawdziwe, napisane przez byłych agentów, którzy wyrobili sobie warsztat literacki na pisaniu raportów.

W ręce wpadła mi „Sylvia. Agentka Mossadu” napisana wspólnie przez Rama Orena i Motiego Kfira. Szczególnej pikanterii dodawał fakt, że pan Kfir to były szef wydziału Mossadu do zadań specjalnych. Aż mną zatrzęsło na samą myśl z podniecenia. Rzuciłam wszystkie książki czytane symultanicznie i zaczęłam czytać Sylvię.

Nie chciałabym Wam zdradzać szczegółów, dlatego nakreślę krótko o co biega. Sylvia Rafael była zdolną dziewczyną z RPA. Jej ojciec był Żydem, matka nie, ale co z tego, skoro rodzice za bardzo wierzący nie byli. Sylvia decyduje się po pewnym zdarzeniu pojechać do Izraela pomóc zbudować nowo powstałe państwo. Jak się po tytule domyślacie, Sylvia zostaje zwerbowana do pracy w wywiadzie. Jednocześnie prowadzona jest narracja o Alim Salamehu, Palestyńczyku terroryście, który był dowódcą Czarnego Września, organizacji odpowiedzialnej za zamach na izraelskich sportowcach podczas Igrzysk w Monachium.

I to by było na tyle zdradzania fabuły, resztę pewnie kojarzycie z lekcji historii. Żydzi zorganizowali operację Gniew Boży, gdzie likwidowali jeden po drugim organizatorów zamachu, pakując każdemu po kilka kul w trzewia. Sylvia również bierze udział w namierzaniu, śledzeniu i pościgu za terrorystami.

Za wiele nie zostało odsłonięte z racji wykonywanego zawodu, jednak u takiego Severskiego działo się o wiele więcej – niby w recenzji Nielegalnych napisałam, że książka nie rzuca na kolana, to autor wiedział gdzie i kiedy podrzucić pomysły oraz ciekawostki z pracy w wywiadzie. Również za wiele nie przytaczał, ale na tyle, że czytelnik mógł czuć się ukontentowany. W Sylvii tego prawie w ogóle nie ma. Sylvia żyje sobie pod zmienioną tożsamością, kupuje bułeczki, pije kawkę, robi zdjęcia i maluje akwarelkami.

Co jest właśnie w tej książce niesamowicie irytujące? To miała być biografia tajnej agentki, a wyszła laurka, pean a wręcz dytyramb i hymn na cześć pięknej Sylvii, tylko napisane bardzo ubogim słownictwem.

sylvia rafaelKsiążkę czyta się szybko, ale tylko z tego względu, że jest krótka. Być może sterowała mną ciekawość przedstawienia ścigania Czarnego Września z punktu widzenia Mossadu. Nie spodziewałam się obiektywizmu po ludziach, którzy ideologicznie podchodzą do zjebania sobie życia w imię kawałka ziemi z narysowaną linią na mapach. Ale nie spodziewałam się również tak miejscami obrzydliwego słodzenia. Sylvia jest w tej książce wręcz kryształowa i pozbawiona wad. Kfir opisuje ją jako kobietę niesamowicie piękną, na którą zwracają wszyscy uwagę, gdy ta wejdzie do kawiarni. Może mu się podobał taki typ kobiety, ale moim skromnym zdaniem pani Rafael była przeciętna. Brzydka nie była, ale żeby zniewalająca? Nie, nie, nigdy w życiu. Jest też inteligentna, subtelna, towarzyska, czarująca i jakąkolwiek wstawisz tutaj pozytywną cechę, to będzie ona idealnie pasować do Sylvii, bo to była przecież dziewczyneczka jak z obrazeczka. Z obrazeczka, który mam wrażenie wisi w głównym holu siedziby Mossadu, na którym widnieje nasza bohaterka otoczona jednorożcami, tęczą i kotkami. Po tej książce nie zdziwiłby mnie taki obrazek. Również prowadzenie jednocześnie życiorysu Alego Salameha ma na celu podkreślenie tego, że Sylvia była jak baletnica z porcelany. Owszem, pada stwierdzenie, że Salameh był inteligentny, ale zaraz po tym jest powiedziane, że był z niego straszny kurwiarz.

No ale wywiad, szpiedzy, czarne prochowce i odpalanie papierosa w ciemnym zaułku! Nie ma prawie nic. Nic z rekrutacji, nic z ćwiczeń, nic z pracy, tylko gloryfikowanie Mossadu przy zestawieniu go ze złymi bandziorami. Jak Mossad zabija to są bohaterami i nie robią tego nigdy gdy pojawiają się niewinni ludzie (nieeee, wcale), gdy zabijają Palestyńczycy to są terrorystami. Przytoczę jeden cytat, który szczególnie mnie rozbawił:

Salameh podejrzewał, że po swojej sromotnej porażce Mossad nareszcie da mu spokój. Ale przeliczył się. (Karramba! Dramaturgia!) Nie wziął pod uwagę, że w międzyczasie Goldę Meir na stanowisku premiera Izraela zastąpił Icchak Rabin, były szef Sztabu Generalnego i urodzony wojownik.

Urodzony wojownik. Słońce nasze, umiłowany wódz. Muj Borze, zamiast Rabina wyobraziłam sobie Conana Barbarzyńcę.

„Sylvia. Agentka Mossadu” jest po prostu słabo napisaną książką propagandową, która stara się trochę nieudolnie to ukryć. Być może Sylvia Rafael była inteligentną babką, ale nie była kryształowa, bo nikt przecież nie jest. Zastanawiam się, czy przypadkiem Moti Kfir się w niej nie podkochiwał i taki z niego odważny facet, że dopiero po śmierci zdecydował się skonstruować dla niej takie kiepskie epitafium. Panie Kfir, pan zrobił żeś krzywdę tej kobiecie tą książką. Ona teraz robi salta w grobie.