Broni Larwa
Komara
Chociaż brudna
I stara.

Pomiędzy jednym a drugim naleśnikiem znalazł się czas na postawienie sobie pytania:
- Czym, kobieto marna, chcesz uraczyć swoich przetrzebionych czytelników?
Skrzypiąc nożem i widelcem o powierzchnię talerza i rozsypując kryształki cukru po biurku odpowiedziałam:
- Nie wiem. Chyba przeżywam kryzys wieku średniego.
Obracając kawałek naleśnika pomiędzy trzonowcami, kontynuowałam wewnętrzny monolog i postawiłam kolejne pytanie:
- Gdzie szukają inspiracji tacy pierwszoligowi grafomani jak ja?
Zatrzymałam przeżuwanie. Wbiwszy wzrok w ścianę rzekłam:
- Zważając na to, że jesteś chorą egocentryczką, z wyraźnymi brakami w wiedzy – przełknęłam i wskazałam grożąc widelcem ścianie – to inspiracji powinnaś szukać w sobie. Samochwało w kącie srało.

I chyba dzisiaj był ten moment, który pozwolił mi na przekopanie się przez setki tysięcy quasiinformatycznie nazwanych folderów, i dotarcie do swoich pierwszych potworności. To była taka podróż w czasie do dnia, gdzie mając jeszcze gorszą fryzurę, jeszcze mniejszy biust i jeszcze więcej pryszczy na obliczu, podjęłam decyzję: opiszę ten dzień. W historii literatury światowej bynajmniej nie był i nie będzie to dzień, którego datę dzieci w szkołach będą ściągać na kartkówkach. Jednak pisanie było dla mnie możliwością uzewnętrznienia swoich trzewi i wylania ich nie na kartę papieru, a na QWERTY. Jako młoda i głupia łania, miałam kilka opcji ku ekspresji swojego dorastającego, a już rozbuchanego ego. Mogłam wziąć pędzel albo instrument do ręki i dzięki tym narzędziom metaforycznie wysyłać światu komunikaty o swoim istnieniu! Jednak na rysunek byłam za leniwa, a na grę zbyt niecierpliwa. Jedynie w wirtuozerii trójkąta osiągnęłam mistrzostwo.

Już właśnie w plejstocenie planowałam założenie kiedyś strony internetowej, którą bym ostrzeliwała codziennie serią słów opisujących moją, jakże niewdzięczna, rzeczywistość i którą bym wystawiała na widok publiczny. Ku uciesze rzesz czytelników, oczywiście. Dlatego rodziłam swoje myśli w notatniku i zapisywałam to skrótem .html. Czytanie tego wywołało u mnie dysonans poznawczy. Uczucie, które przychodzi przy odpaleniu papierosa i przeczytania na paczce Palenie zabija. Uczucie które czuje się, pierwszy raz, po kryjomu oglądając porno. Niekomfortowe napięcie podszyte wstydem mówiło wyłącz to, niczym matka, która czyta napisany koślawymi literkami pierwszy pamiętnik swojego dziecka.

Zapadając się coraz bardziej, uczucie znikało i przebijając się przez wogóle, ochydnie, emotikony i wielokropkowe nadużycia, znowu szlifowałam trampkami jagiellończykowe bruki i znowu przeżywałam kolejną trójkę z polskiego. Pierwsze słodkie zadurzenia i jakże bolesne upadki. Pierwsze koncerty, kiedy to taka impreza na tutejszej ziemi była czymś prawie codziennym, oraz pierwsze posiadówy w pubie, a to wszystko przy podkładzie muzycznym, który był koktajlem złożonym z U2, The Offspring, Slipknot, Metalliki i… (o zgrozo, o potworności!) liryków Comy.

Myśleliście, że przekleję ku Waszej uciesze moje młodzieńcze wynaturzenia? To się grubo myliliście, żywię nadzieję, że nikt tego nie odkopie, nie przeczyta i nie wykorzysta przeciwko mnie poprzez naśmiewanie się w jakimś podrzędnym brukowcu. Wątpię czy w ogóle ktoś przedarł się przez TE rachunki sumienia i zresztą nie obrażę się, jeżeli ta liczba będzie stanowiła zero. Ale te farmazony są niczym stare zdjęcia, które w ułamek sekundy biegną setkami neuronów, kłębią się w pewnym miejscu i czasami wywołują wyładowania, takie że pada się na plecy i traci przytomność.